Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Egipt 9-16.02.2012

Egipt: rodzinna wyprawa

09-02-2012

Dziesięć lat temu po raz pierwszy trafiłam do Egiptu, czy zrządził o tym przypadek, nie całkiem. Kraj ten był pierwszym, który powierzono mi do pilotowania, i pewnie dlatego darzę go największym sentymentem. To tu wracam najchętniej. I jestem gotowa bronić opinii jakichkolwiek o tym kraju, zawsze wyłuskując to co najlepsze.

Tym razem zadecydowałam o tygodniowym pobycie w Egipcie właśnie w lutym. I to nie sama, ale z niespełna dwuletnim maluchem. „Ale po co?, ale dlaczego?, czemu akurat Egipt?, i nie Morze Czerwone tylko Kair i Luksor?, ale słyszałaś, że tam zabijają na ulicy?, a oglądałaś telewizję?”, itd., itp. Komentarze towarzyszyły nam do ostatniej chwili przed wylotem. Lot boski, samolot prawie, że pusty, byłyśmy jedyną parą mama - córka na pokładzie, tym samym swawoliłyśmy na całego. Linie egipskie uwielbiają dzieci, a do tego białe maluchy zawsze mają fory. W Kairze przywitało nas rześkie powietrze i idealna pogoda na zwiedzanie.
Jak na złość wszystkim sceptykom mieszkamy najbliżej Placu Al. Tahrir, świadka przełomowych dla Egipcjan zdarzeń ostatniego roku. Gdyby nasz pokój z oknami wychodzącymi na Nil odwrócić o 180 stopni widziałybyśmy właśnie ten plac. Ale jesteśmy na 17 piętrze, czyli bezpiecznie….
Ani na chwilę gdziekolwiek nie czułyśmy zagrożenia. Wręcz przeciwnie wdzięczność, że właśnie teraz jesteśmy tutaj wraz z nimi. Pomagali nam na lotnisku, przy kupnie wizy, przy odprawie, nikt tu nie stara się nie zauważać mamy z dzieckiem, wszyscy ustępują miejsca, malucha cmokają po rączkach, na śniadaniu mamy przy nas 6 kelnerów, co oczywiście zastępuje Maluchowi śniadanie, bo po co jeść skoro ma tylu panów do zabawy?
Śmiało mogę powiedzieć , że znam Kair bardzo dobrze, niewiele jest takich miast na świecie, w których widziałam naprawdę sporo. A mimo wszystko udaje mi się wynaleźć miejsce, gdzie jeszcze nigdy nie byłam. Wespół ze starymi przyjaciółmi ruszamy do Memfis, historycznej stolicy faraonów. Mało turystów, jesteśmy znowu my same i nasi opiekunowie, tym bardziej rozmowni stają się lokalni sprzedawcy. I tak nic nie kupimy, bo wszelkie wielbłądy, piramidy i inne bibeloty już dawno zwiozłam do domu, ale pogadać zawsze można.
Po drodze do piramid, bo nie wypada o nie nie zahaczyć przystajemy kilkukrotnie by pokazać Maluchowi osiołki i wielbłądy z bliska. Oczywiście udaje się nam nawet wskrobać na jednego czy drugiego.
I tak największą atrakcja dopiero będziemy my, bo przy Sfinksie okala nas wielka rodzina egipska a potem szkoła i każdy chce sobie zrobić z nami zdjęcie. Fajnie.
Czas na lunch i chwilę oddechu. Za oknem gwar popołudnia piątkowego, po leniwym poranku i względnie małym ruchu na drogach, obowiązkowej wizycie w meczecie teraz wszyscy się budzą do życia i ruch staje się coraz większy. Tłoczno, gwarno, wesoło i kolorowo. Nic tylko stać i obserwować, z góry jest piękny widok na zachodzące nad Nilem słońce i całe wielkie miasto, a w tle piramidy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: