Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Peru i Boliwia 5-25.10.2007

Boliwia - Salary

13-10-2007

Przed nami najtrudniejszy i najdłuższy odcinek trasy. Same wertepy. Wokół kurzy się niesamowicie. Po drodze mijamy pojedyncze maleńkie osady, stadka owiec wypasanych przez samotne kobiety z tobołkami na plecach, dziko żyjące wikunie, stadka lam przy wodopojach. Nie możemy nasycić oczu. Pierwsza atrakcja przy której zatrzymamy się na zdjęcia będzie krater najprawdopodobniej pometeorytowy. Zimno. Wieje przeraźliwie. Powoli zbliża się zachód słońca, a nasi przewodnicy i kierowcy zgodnie zapewniają, że już niedaleko. Jesteśmy już kilkanaście godzin w podróży. Mijamy kolejne wioski z nadzieją, że któraś z nich będzie naszą destynacją tego dnia. Jeszcze nie ta, i nie ta. Wreszcie docieramy już w całkowitych ciemnościach do rozświetlonej osady, co w tych terenach jest ogromną rzadkością. Większość ludzi żyje tu całkiem pozbawienych prądu. I kiedy wydawać się już mogło, że jesteśmy na miejscu, okazuje się że w wiosce kopie się teraz jakieś doły pod rury i nie możemy podjechać pod nasz hotel. Krążymy, wreszcie każdy z kierowców postanawia radzić sobie na własną rękę. Pierwsze docierają nasze Dziewczyny (które na okazję wycieczki mianowaly się GLORIAMI), drugim jeepem jesteśmy my, a potem długo czekamy na załogi II i III. Kwaterujemy się w hotelu z soli. Przyjemne pokoje. Wreszcie ciepło. Łazienki z czarnego kamienia, puchate kołderki. Cały hotelik powstał z ponad 35 000 bloków solnych. Z ciekawoscią przyglądamy się jego konstrukcji. Po tak długiej podróży chętnie zasiadamy do stołów. Za naszymi plecami pali się w kominku i jest nam tak rozkosznie. Jak dobrze, że nasza podróż po 13 godzinach dobiegła do końca. Rzucam hasło: "Jutro o 5.30 zapraszam na wschód słońca na salarach!". I nie brakuje chętnych. Ale póki co przed nami zasłużony odpoczynek.

5.25 za oknem delikatnie przejaśnia się niebo. Jest nas spora grupka. Wyspani i ciekawi świata sadowimy się w jeepach i zjeżdżamy wprost na salary. Robimy zdjęcia i czekamy na wschodzące słońce. Nie możemy się nadziwić przepięknym krajobrazom wokół. Morze białej soli. I jest - słońce wschodzi. Jakby wiedziało, że delektujemy się każdym promykiem. Przed naszymi oczami mamy przepiękny długi wschód słońca. Fenomenalne zjawisko. Wracamy do hotelu. Mamy jeszcze czas, żeby wskoczyć do ciepłych łóżeczek. Śniadanie i dalsza droga. Dzisiaj wiele atrakcji. Zaczynamy od próby zwiedzenia lokalnego kościółka. Niestety mimo niedzieli, kościół zamknięty jest na cztery spusty. Zjeżdżamy jeszcze raz na salary. Sesja zdjęciowa w pełnym słońcu. Niezapomniane widoki, wulkan z tyłu, stadko pierwszych flamingów na trasie. Roześmiani pędzimy jeepami po salarach do kolejnego przystanku. Jest nim wyspa z kaktusami. Tu widoki zachwycają nas wszystkich. Gigantyczne kaktusy na tle błękitnego nieba i białej soli wygladają wprost nieziemsko. Sceneria jak z surrealistycznej bajki. Sesje zdjęciowe nie mają końca. Zdobywamy szczyt wyspy i stamtąd podziwiamy widoki na bezkres salarów. W tym czasie nasze Panie kucharki w polowych warunkach kucharzą. Dziś na obiad mięsko. Tak bardzo się nam tu podoba, że ani trochę nie chce się nam stąd wyjeżdżać, dopiero za namową przewodników, że to nie koniec atrakcji na dzisiaj udajemy się do aut. Zjeżdżamy powoli z salarów. Jeszcze jedna przerwa na zdjęcia. Nasi kierowcy delektują się kabanosami, nawet znają już ich nazwę po polsku. Będzie też okazja żeby poczęstować ich naszymi polskimi słodyczami i chlebem. Kolejną atrakcją jest grota Galaxia. Tu poznajemy odkrywcę tego miejsca, ktory zaangażowany w swe przedsięwzięcie opowiada nam o losach tej groty. Oprowadza nas po rzeczywiście ciekawej grocie. Pokazuje także nieopodal leżący stary cmentarz oraz skamieniałe kaktusy. Chłoniemy wszystko z wielką ciekawością. Czas na kolejną ucztę przygotowaną spontaniczne przez nasze Panie kucharki. Nic nie powtórzy się dwa razy. Tym razem rozkładamy się z posiłkiem gościnnie w jednym z małych hosteli na trasie. W czasie kiedy stoły zastawiane są potrawami my maszerujemy przez wieś wzbudzając coraz większą ciekawość jej mieszkańców, wreszcie jesteśmy gotowi. Po obfitym posiłku ostatni etap podróży przed nami. Dzisiejszy dzień wydaje się być wyjątkowo relaksujący w porównaniu z odleglością którą pokonaliśmy wczoraj. Docieramy do miejscowości San Juan. Tu czeka na nas nocleg w miejscowym schronisku. Mamy prywatne pokoje, łazienkę i prysznic do podziału. Nasze łóżka są z soli, ściany hostelu także. Zasiadamy przu solnych stolikach na kawie i herbacie. Nasz Janusz A. czuje się nie najlepiej. Chyba atak choroby wysokościowej, jesteśmy na 4000 metrów.

Najbardziej podoba się nam podłoga wysypana kryształami soli. Mając chwilę czasu do kolacji i korzystając ze zbliżającego się zachodu słońca wybieramy się na krótki spacer po miasteczku. Docieramy do kościółka, który także jest zamknięty. Zaglądamy na cmentarz a w drodze powrotnej obkupujemy się w lokalne trunki oraz słodycze.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: