Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Peru i Boliwia 5-25.10.2007

Kanion Colca, jezioro Titicaca, Boliwia

12-10-2007

Dziś rowery i po raz pierwszy zostawiamy niziny (choć Arequipa leży na 2400 m n.p.m.). Pokonywać dziś na trasie będziemy wysokość 4913 metrów a nocować na 3400 metrów. Trzymam kciuki za naszą grupę! Dotarliśmy do przełęczy pełni zapału. Na samej górze czekały już przygotowane rowery, kaski, rękawiczki. Najpierw pierwsze niepewne kroki poza autobusem i test czy w ogóle jesteśmy w stanie zmierzyć się z taką wysokością. Tylko dwie nasze Dany: Leniwa i A. zostają w autobusie, reszta dosiada rowerów. Carlos rusza pierwszy a za nim nasza 14. Czujemy szum wiatru we włosach i uszach. Style i techniki jazdy są bardzo różne. Na czoło wysforowali się Janusz A., Antoni, Marysia, Celina. Tylko do czasu, bo potem były ekspresowe mijanki i zdjęcia. Tylko jeden upadek, który został przez nikogo niezauważony. Na zakręcie, gdzie na asfalcie leżało dużo piasku wywróciła się Ania. Straty: podarte spodnie, otarta ręka i łokieć, spuchnięta kostka. Pozostali dojechali do mety cało i zdrowo. Tylko Janusz A. i Celina odważyli się sprostać zadaniu pokonania ostatniego etapu podróży także na rowerach. Czas na relaks. Zasłużony odpoczynek w gorących źródłach. Moczymy się przed kolacją a niektórzy nawet po kolacji. Nad nami rozgwieżdżone niebo. Niestety mamy pierwsze ofiary choroby wysokościowej: Estera, Hania, Ela. Cierpimy bardzo podobnie. Ale na pewno będzie lepiej.

Dzisiejszy ranek dedykujemy kondorom. My we trzy nadal chorujemy i dlatego rezygnujemy z mini trekkingu. Za to pozostali wędrują nad krawędzią kanionu rzeki Colca. Kondory wreszcie się pokazują. Długo kazały na siebie czekać, ale wreszcie są. Usatysfakcjonowani widokiem wielkich ptaszysk ruszamy w drogę autobusem do Puno. Dzisiejszy nocleg już nad jeziorem Titicaca. Jeszcze tylko kolacja i nocleg. Mamy zamiar odespać pierwszą źle przespaną na wysokościach noc. Jutro przekraczamy granicę z Boliwią.

Rankiem budzi nas piękne słońce, widoki nad Jeziorem Titicaca niczym wyjęte wprost z pocztówek. W maleńkim porcie okrętujemy się na łódkę, którą popłyniemy z wizytą do mieszkańców wysp Uros. Już z daleka witają nas roześmiane buzie kobiet i maluchów krzątających się pod nogami u swych Mam. Wszystkie zapraszają do odwiedzenia własnie ich wyspy. Zdajemy się na naszego lokalnego Anioła Stróża Enrique i już za chwilę schodzimy na ląd. Najpierw powitanie w języku zupełnie obcym dla nas ajmara. Krótkie opowieści o życiu lokalnej ludności. Demonstracja zasad budowania pływających wysp. I czas dla nas. Oczywiście tu także dotarły stragany. Buszujemy wśród łódeczek z trzciny totora, grzechotek, makatek, poduszeczek...Kilkoro z nas poddaje się woli mieszkańców i przebiera się w ich lokalne stroje. Wyglądamy niczym rodowici mieszkańcy wysp. Sesja nie ma końca. Fotografujemy się sami, w parach, grupowo, z dziećmi i bez nich. Na sam koniec fundujemy sobie krótką przejażdżkę najprawdziwszą dużą łodzią z trzciny totora. Przy akompaniamencie oryginalnej fletni pana i śpiewach we wszystkich możliwych językach świata w tym po polsku "Sto lat" zataczamy kółko wokół wysp. Roześmiani wracamy do portu. Przesiadka z łodzi do autobusu i droga do Boliwii.

Do granicy docieramy dość szybko. Tu wymieniamy pieniądze i szykujemy się do odprawy paszportowej. Na spotkanie całej grupie wychodzi mały pucybut, który płynną polszczyzną najpierw nas pozdrawia gromkim "dzień dobry" a potem pyta "czyści buty"? Jako że większość z nas paraduje w sandałach interes słaby. Za to ku naszemu zdziwieniu nasz mały kolega w ręce ze skrzynką z niezbędnymi akcesoriami do polerowania butów towarzyszy nam w drodze do punktu gdzie odstemplowane zostaną nasze paszporty po stronie peruwiańskiej. Ku jeszcze większemu naszemu zdziwieniu nie nikt inny tylko nasz Amigo odstawia na bok swoją skrzyneczkę i z całą należytą urzędniczą powagą chwyta za stempel i bije nam pieczęcie do paszportów. Następnie dumny prowadzi nas do kolejnego okienka, gdzie jego stemple zostaną jeszcze raz sprawdzone przez starszych kolegów. Jesteśmy gotowi do dalszej odprawy tym razem po stronie boliwijskiej.

Pieszo pokonujemy krótki odcinek drogi niczyjej i przechodzimy procedury boliwijskie. Sadowimy się w naszym autobusie i ruszamy w drogę. Po zaledwie kilku kilometrach alarm na pokładzie, szukamy aparatu fotograficznego Jurka. W autobusie go nie ma. Szybka decyzja o powrocie na granicę i pomysł sprawdzenia autobusu peruwiańskiego. Nawracamy i ja wraz z Wendy (nasza lokalna przewodniczka) staramy się namierzyć autobus wraz z ekipą peruwiańską, który udał się już w drogę powrotną do Puno. Trochę zajmuje to nam czasu. Niestety póki co nasze poszukiwania nie kończą się sukcesem. Po mniej więcej godzinie wracamy do autobusu i jeszcze raz startujemy w kierunku Copacabany, gdzie czeka na nas lunch i zwiedzanie kościółka. W międzyczasie nasz boliwijski kierowca wzbudził podejrzenia w grupie swoim dziwnym zachowaniem. Krótka rozmowa dyscyplinująca i jedziemy. Obiad smakuje wyjątkowo z widokiem na Jezioro Titicaca. Następnie zwiedzamy najważniejszy dla wszystkich mieszkańców Boliwii Kościółek. Przed nami jeszcze ok. 3 godzin drogi do La Paz. Podróż budzi coraz większy nasz niepokój, kierowca jedzie zyg-zakiem i najczęściej nie po swoim pasie. Punktem kulminacyjnym staje się przełęcz. Tylko dzięki ogromnej czujności i refleksowi Janusza A. udaje się nam uniknąć zjechania z właściwej drogi. Nasz kierowca najprawdopodobniej zasnął nad kierownicą. Nikt z nas nie ma wątpliwości, że tak nie możemy kontynuować naszej podróży. Boliwia powitała nas mnóstwem wrażeń. Z przymusu docieramy do cieśniny i po przeprawie promem czekamy na zmiennika. Na zewnątrz robi się ciemno i zimno. Wpraszamy się do małej przybrzeżnej knajpki, gdzie zamawiamy coś do picia. Na szczęście cała operacja przebiega dość sprawnie i możemy kontynuować naszą podróż już z nowym kierowcą. Do La Paz docieramy dużo później niż było to zaplanowane. To jednak nie koniec dnia. Teraz nastąpi jego zdecydowanie milsza część. Znowu Janusz A. zostaje całkowicie zaskoczony prezentem, który zgotowaly Mu Jego Córki, zamawiając pyszny czekoladowy wielki tort urodzinowy, który czeka na Niego w pokoju hotelowym. Cała grupa świętuje urodziny i zajada się pysznym ciastem. Staramy się nie wracać do wydarzeń sprzed kilku godzin. Wszyscy podekscytowani kładziemy się do łóżek, tym bardziej, że następnego dnia ruszamy na salary - największe na świecie słone jeziora. Będzie to wyprawa całkowicie pionierska dla nas wszystkich. Pomysł Hani i Antka, który urodził się jeszcze dużo wcześniej w Poznaniu został przeze mnie podchwycony i rozbudowany do 5 dni pobytu w dzikich częściach Boliwii. Nasz autobus idzie w odstawkę, przesiadamy się z okrojonym bagażem podręcznym do jeepów. Nasza załoga jeszcze przed czasem stawia się przed hotelem. Dzielimy się na 4 grupy. Każdy jeep liczy 4 naszych uczestników, po jednym miejscowym kierowcy i dodatkowo mamy dwie Panie kucharki oraz jednego przewodnika, który mówi po angielsku. Cała nasza załoga liczy teraz 23 osoby. Zostajemy sobie przedstawieni i ruszamy w drogę. Przed nami najdłuższy odcinek do przejechania - w sumie 600 kilometrów. Nie brzmi to wcale tak groźnie, ale jak się później okaże, po kilkuset kilometrach trasy asfaltowej zjedziemy na piaski, szutry, dziury, brakujące fragmenty przejezdnych tras... Ale po kolei. Nasze jeepy mają na dachach  bagaże, do tego butle z gazem, baniaki z paliwem, śpiwory. W jednym z jeepów jedzie nasza kuchnia  i wszystkie artykuły spożywcze. Oto skład załóg: I: Ela, Bogdan, Janusz S., Estera, Juan (przewodnik), Nilfer (kierowca); załoga II: Leniwa Danuta, Hania, Antek, Jacek, Ruben (kierowca), Hilda (kucharka); załoga III: Danusia A., Danusia C., Janusz A., Jurek, Cleto (kierowca), Juana (kucharka); załoga IV: Ola, Ania, Celina, Maria, Severino (kierowca). Pierwsze kilometry mijają dość szybko. Pora na lunch. Z ciekawością przyglądamy się temu co i w jaki sposób przygotowują nam nasi opiekunowie. Nie możemy wyjść z podziwu kiedy na prędce przy gorących źródłach sprawnie ustawiają stoły, przykrywają je peruwiańskimi obrusami, pojawia się najprawdziwsza porcelanowa zastawa i obfity posiłek. Mało tego, mamy jeszcze deser i nawet gorącą kawę i herbatę w filiżankach. Zapowiada się naprawdę rewelacyjnie. W Oruro przystajemy, żeby najpierw zatankować i baki i baniaki na dachach a potem na dworcu autobusowym robimy zakupy. Obkupujemy się jak na wyprawę co najmniej miesięczną. Woda, bułki, piwo, cola...leki.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: