Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 14.01-1.02.2008

San Cristobal de las Casas

23-01-2008

Za to nowy tydzień zaczynamy z uśmiechem. Kryzys siódmego dnia zażegnany. Spotykamy się przy wspólnym śniadaniu i ruszamy w drogę. Najpierw oglądać będziemy wielkie i grube drzewo niedaleko Oaxaci. Przed strefą archeologiczną zatrzymujemy się w Fabryce Mezqalu - popularny trunek zbliżony smakiem do tequilli, choć nie tak szlachetny z robakiem w środku. Śledzimy kolejne etapy produkcji tego alkoholu, jak rośnie sama agawa, jak wycina się jej serce, potem miażdżenie, piec, gotowanie, mielenie, destylacja, wreszcie czeka na nas degustacja. Jest mezqal biały, z robakiem i leżakowany. Nasze dwie Panie Asia i Zosia H. są na tyle odważne, że piją mezqal i przegryzają kieliszeczek najprawdziwszym robakiem. Brawo!!! My za to robimy zdjęcia!!! Potem czas na pierwsze ruiny i miasto Mitla. Tu tworzy się dziś Zrzeszenie Walniętych (tak Bogdan nazwał naszą Trójkę, która mimo ostrzeżen o niskim przejściu uderzyła i to mocno głową w belkę: przewodniczącą została Żaba (Hania), która jako jedyna zrobiła to tyłem, a członkami zgrupowania zostali Asiunia i Antek). W bardzo dobrych nastrojach giniemi w straganach, czarna ceramika, głowy jaguara, koszulki, zaczynają się zakupy.

Przed nami największa przygoda dzisiejszego dnia - źródełko i wody mineralne. Niby 18 kilometrów, nie brzmi to jakoś strasznie. Ale przecież zawsze można liczyć na nasz miejscowy duet, naszego kierowcę i przewodnika. Najpierw gubią drogę. Zamiast w górę, jadą w dół, albo na odwrót. Najgorsze jest to, że droga zaczyna się dziwnie zwężać, z asfaltu przechodzi w piach i kamienie, a panowie twierdząc że wszystko ok, chcą jechać dalej. Przed nami jeszcze 7 kilometrów do przejechania, stawiamy opór. Nasza Żaba, bojąca się przepaści wysiada z autobusu a my za Nią. I klops. Co dalej? Możemy maszerować, ale w upale na pewno nie będzie to ciekawe. Wreszcie zmuszam naszego Kolegę aby wynajął pick-upa i zabrał nas do góry. Negocjacje trwają. Wreszcie mamy mini ciężarówkę. Cudem upychamy się do środka. Rysio H. i Jan oraz Antoni jadą na stojąco. Kurzy się niesamowicie. Wszystko jest w pyle. Ale humory nas nie opuszczają. Docieramy do miejsca, gdzie łańcuch uniemożliwia dalszą jazdę. Decydujemy się maszerować dalej - tylko dokąd i jak daleko. Nasz przewodnik nie bardzo wie...  Antoni zaczepia ludzi na polu, którzy wysyłają nas we właściwym kierunku. Idziemy. Prowincja nas zachwyca. Zdjęcia robimy indorom, psom, kaczkom, kurom... Widoki przecudne. Z naprzeciwka mija nas grupa gringos, którzy koniecznie wysyłają nas do samych źródeł. Jesteśmy wreszcie na miejscu. Rzeczywiście warto było. Widoki przecudne, a woda turkusowo-niebieska. Najpierw Asia i Zosia H. w zabawie moczą się w salwie śmiechu. Potem Jaś całkiem świadomie dołącza do kąpieli. Jest i Antoni. Na sam koniec Rysio H., a potem Zosia H. i ja. Mamy mnóstwo frajdy. Asiunia jako jedyna wybiera się na spacer do wapiennych wodospadów.

Po kąpieli i sesji zdjęciowej przed nami droga powrotna. W nagrodę fundujemy sobie zimne piwo w przydrożnym bardzo skromnym barze i tortille z serem i kiełbaską. Rozochoceni ich smakiem i zapachem angażujemy do pracy przy symbolicznej garkuchni całą rodzinę od najmniejszego do najstarszego. Jemy, aż się nam uszy trzęsą. To jedzonko będzie przez nas wspominane do końca wycieczki. Na koniec pamiątkowe zdjęcie całej naszej grupy z gospodarzami. Autkiem na pace wracamy do autobusu i dalej do Oaxaci. Dzień piękny. Złapaliśmy kolorków. Teraz odpoczywamy. A jutro samolot i droga do San Cristobal de las Casas.

Ruszamy najpierw na pożegnalne zwiedzanie Monte Alban. Powoli w grupie działa szpital. Najpierw Ula leczyła tylko Kasię, teraz Jej grupa pacjentów zdecydowanie się powiększyła. Katar i drapanie w gardle krąży po autobusie. Janusz wraca do żywych, Ludwik walczy dzielnie, Rysio H. już zakatarzony. Trzymają się dzielnie póki co wszystkie Panie. Już wiemy, że dzisiaj zmienimy ekipę naszych opiekunów. Dotychczasowy przewodnik okazał się być nawet za bardzo meksykański i nie bardzo dbał o naszą grupę. Nie koniec przygód na dzisiaj. Na pierwszym zejściu z piramidy w Monte Alban nasza Zosia R. potyka się na ostatnim stopniu i nieszczęśliwie spada na nadgarstek. Pierwsza pomoc iście polowa. Rysio G. i Rysio H. ułupują słomiane fragmenty z kosza na śmieci. Bogdan i Basia wynajdują opaskę, Antoni oddaje swój pasek i ręka zostaje sprawnie zaopatrzona przez Janusza. Kontynuujemy zwiedzanie. Na sam koniec kawa i jednak decyduję się przed odlotem zawieźć Zosię do szpitala na zdjęcie. Zostajemy zaopatrzone bardzo szybko, niestety pan doktor nie ma wątpliwości - ręka złamana. Nie mamy czasu. Nasze bagaże już na lotnisku, grupa odprawiona, ale my musimy zdążyć na samolot. Lekarz przygotowuje tymczasową opaskę, taksówką docieramy na lotnisko. W Tuxtla, gdzie lądujemy wita nas upał i nowy skład opiekunów, tym razem Meksykanka Hilda i Adrian kierowca. Pierwszą atrakcją jest łódka i przejażdżka po Kanionie Sumidero. Nasz pan kapitan gna jak szalony. Wiatr plącze nam włosy. Mnóstwo śmiechu. Wypatrujemy leniwe krokodyle, ptaki, choinkę... Jeszcze tylko godzina i docieramy do San Cristobal - uroczego maleńkiego miasteczka z piękną zabudową kolonialną. Zakwaterowanie, kolacja i szpital. Znajdujemy po wielu próbach lekarza, który o 22 zgadza się przeprowadzić zabieg i nastawić kość Zosi. O północy jest już po wszystkim i Zosia ma nowy gips. Wreszcie możemy odetchnąć. W tym czasie jak my walczymy w szpitalu, grupa świętuje połowinki. Najpierw w hotelu a potem zabawa przenosi się wraz z nami do lokalu przy Zocalo. Grajek z ballad zostaje przestawiony na skoczną salsę i ruszamy w tany. Zabawa porywa do tańca pozostałych klubowiczów. Na stole króluje kukaracza, tequilla na słodko (odkrycie Asiuni).


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: