Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Papua 19.06 - 9.07.2008

Wioska, obchody urodzajnych zbiorów sago

27-06-2008

Szykujemy się znowu do długiego płynięcia. Zgodnie z przepowiednią przewodnika dzisiaj także 4 godziny. Rozsiadamy się wygodnie. Jakie zaskoczenie, kiedy po mniej więcej czterdziestu minutach dobijamy do brzegu i okazuje się, że to już i tu zostajemy na noc. Cóż jak widać u Papuasów czas jest pojęciem względnym.

Kawet to nasza kolejna noclegownia. Tym razem już z wody wioska wydaje się dużo mniejsza. Trudniej też się nam wydostać na brzeg. Poziom w rzece bardzo niski. Zaciekawiło nas zupełnie coś innego. Okazało się, że przed domem grupa kobiet tańczy. Nie było to nic specjalnie związanego z naszym przybyciem. Kobiety nie zwracały specjalnie na nas uwagi. Z wnętrza domu słychać było rytmiczne takty wygrywane na bębnach i co jakiś czas w przejściach pojawiały się nogi tańczących mężczyzn i chłopców. Część z nich była naga, część wystrojona w tradycyjne nakrycia głowy. Nie bardzo wiedzieliśmy jeszcze o co chodzi. Nasz przewodnik zamienił kilka słów z wodzem i jego zastępcą odpowiedzialnym za tradycję. Zgodzili się nas przyjąć. Na szybko sklecono kładkę dla nas, gdzie miejscowi wspinali się po nagiej żerdzi. Weszliśmy do środka. A tu dzikie harce. Tańce, gra na bębnach, za nami weszły kobiety.

Monotonny i stale powtarzający się bardzo głośny rytm zachęcał wszystkich do tańca. Od jednej ściany do drugiej tańczyło coraz więcej osób. Rozsuwali nas na boki nie bardzo przejmując się naszą obecnością. W domku było ciemno i mnóstwo kurzu unoszącego się spod stóp tancerzy. Do tego konstrukcja całej chaty była bardzo na słowo honoru. Nie można się było o nic opierać, bo belki łamały się w oczach. W podłodze trzeba było uważać na dość spore dziury. Dach przeciekał. Tu spędzimy naszą kolejną noc? A było dopiero około południa. Cóż było począć. Powoli zaczęliśmy walczyć o swoje terytorium. Dostaliśmy maty. Bylo trochę zamieszania z tym jak je ułożyć, by było dość miejsca. Muchy bardzo natrętne i ogromne ich ilości zmusiły nas do rozłożenia moskitier na długo przed zachodem słońca. Staraliśmy się jakoś ukryć. Znowu zaczęło delikatnie kropić. Bębenki stale grały a tubylcy śpiewali. Czuliśmy jak pulsują nam skronie. Wtedy to Bożena i Beata dostrzegły, że śpimy nie tylko z tubylcami w jednej chacie, ale pod nami jest najprawdziwsza gnojowica, co jeszcze bardziej wyczulilo nas na dziury w podłodze, a nad nami...kurnik. Gorzej chyba być nie może.

Jak się okazało był to dopiero wstęp. Widać było jednak i pierwsze zainteresowanie nami. Nad głowami, gdzie rozłożono nam maty do spania kilku mężczyzn manewrowalo na dachu łatając prowizorycznie szpary i dziury. Co ciekawe będąc już na dachu mogli naprawić wszelkie szczeliny, zostali jednak tylko przy naszych. Poczuliśmy się wyróżnieni. Przed chatą zaczęto budować nam toalety - i to nawet dwie. Inna technika niż w poprzedniej wiosce. Konstrukcja i zasada działania identyczna, tym razem jednak zamiast materiału użyto liści palm i wyplecionych gotowych już mat do osłony na dole. Toalety były dwie - najpierw łudziliśmy się, że z podziałem na płeć, potem jak się okazało prócz nas z toalet korzystało pół wsi - bo taka rzadka to tu atrakcja. Rony jakby czytając w naszych oczach wspomniał delikatnie o kawie i herbacie - przytaknęliśmy zgodnie. My swoje, a za naszymi plecami cały czas ta sama muzyka i ten sam śpiew. Ratunku!!!

Wreszcie dowiedzieliśmy się o co chodziło. Raz na dziesięć lat obchodzony jest miesiąc kiedy to składa się specjalne podziękowania za urodzajne zbiory sago. I my właśnie trafiliśmy na sam początek tych obchodów. Stąd tyle radości i spontaniczności. Kobiety nadal w swych spódniczakach z rafii tańczyły przed chatą. Udeptały już całkiem spory placyk bosymi stopami, a że teren tu nader grząski tonęły po kostki a czasem i po kolana w błocku. Nasz wzrok zaczął się przyzwyczajać do ciemności wewnątrz chaty. Sylwetki mieszkańców stały się dla nas coraz bardziej czytelne. Oczywiście papierosy na wkupienie się w łaski poskutkowały także tutaj. Czas zatrzymał się w miejscu. Słońce prażyło niemiłosiernie i cóż było począć. Chcąc odpocząć trochę od hałasu bębnów w środku zdecydowaliśmy się na spacer po wiosce. Wychodząc widziałam ukradkiem jak wódz wioski przywołał do siebie jedną ze swych córek i wyszeptał jej coś na ucho.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: