Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Papua 19.06 - 9.07.2008

Treking wzdłuż rzeki Baliem, Dolina Pass

07-07-2008

Tuż obok sekcji warzywnej i owocowej mnóstwo sprzedawców mięsa. Najpierw panowie z rybami. Mają je powiązane na pęczki. Wszystkie pochodzą z lokalnych rzek. Na drugiej stronie na specjalnych matach leży poćwiartowane mięso wieprzowe. A kawałek dalej żywe świnki. Z ciekawości pytamy sprzedawców o cenę zwierzaków. Pamiętając, że dla Dani świnka jest niczym złoto. Ceny wahają się w zależności od wieku zwierzęcia pomiędzy 120 a 150 dolarów. Zważywszy na warunki i zarobki miejscowej ludności to cały majątek. Na małym stoliczku skaczą żywe króliczki również na sprzedaż. I nasi ulubieńcy czyli koguty. Przy drodze można nabyć wiązki drewna do opalania pieców w domach, gdzie na palenisku przygotowywane są posiłki dla całej wioski.

Opuszczamy targ i wracamy do hotelu. Szybko zwalnaimy pokoje i nie możemy doczekać się zapowiadanego trekkingu. Szczególnie na dzień dzisiejszy czekają Krysia i Tomek, którzy już w fazie przygotowań wycieczki dopytywali o marsze i wspinaczki. Nasz lokalny przewodnik powiadomiony o dziarskości grupy spontanicznie zmienia wcześniejsze plany co do trasy i zamiast po gładkim udajemy się w góry. Najpierw nic nie zapowiada jakichkolwiek trudności. Prócz przewodnika, który ma ogromne trudności by nadążyć za Milą, która po chwilowej niedyspozycji w nocy teraz niczym niesiona na skrzydłach odstawiła nas już na dobre kilkanaście metrów mamy tragarzy. Panowie niosą dla nas wodę oraz lunch. Uznawaliśmy to za zbytek, ale jak słusznie zauważyły Siostry, w ten sposób dajemy im szansę zarobku. Poza tym ile mamy z nimi radości. Pan od lunchu przedstawia się nam jako Rony. Ale kiedy towarzyszy w marszu Krysi szybko zmienia imię na Romeo. Oczywiście pojawia się wątek i Julii. A Krysia korzystając z wesołego kompana próbuje nauczyć Go kilku wersów piosenki: "Wyginam śmiało ciało, itd" tańcząc przy tym. Cóż ze słowami Romeo ma jeszcze mały problem, za to naśladuje fenomenalnie ruchy Krysi. Zbliżamy się do pierwszego przejścia przez rzekę. Kilka kamieni, kładka, potem znowu kamienie. Trudniej staje się, kiedy musimy przebrnąć przez kawałek błota. Nasz przewodnik jest na tyle doświadczony, iż szybko znajduje rozwiązanie. Ścina kilka drzewek układając je dla nas na błocie, stąpając na gałęzie i drzewka zapadamy się tylko częściowo w błocku. Jesteśmy już nieźle umorusani ale dzielnie przebrnęliśmy przez pierwszą większą przeszkodę. Czas na lunch. W pięknej scenerii. Tuż obok szumi przepływająca rzeka, a my zasiadamy na kamieniach w rzece i zajadamy ryż i jajko. Kurczaka odstępujemy kobietom i dzieciom, które zeszły do rzeki, by w niej umyć warzywa. Cieszą się bardzo. Mamy jeszcze kilka cukierków dla najmłodszych i papierosy dla Dorosłych. Strome podejście. Obok pojedyncze wioski Dani. Tu już nic nie ma dla Turystów. Piękne widoki. Pojedynczy mieszkańcy mijają nas z warzywami, świnkami w torbach na głowach. Gonią za nami maluchy. Pogoda jak wymarzona. Bardzo się nam podoba. Powoli zaczynamy schodzić w stronę doliny rzeki. Maszerujemy już około 4 godzin. Kawałek trasy wiedzie asfaltem, to miała być nasza wyjściowa opcja. Dobrze, że przewodnik nas wysłuchał i zmienił dopasowując do naszych oczekiwań cała trasę. Na samym końcu miał być most wiszący. Ale niestety wezbrane wody rzeki i do tego ulewne deszcze zniszczyły go całkowicie i przyjdzie nam jeszcze raz pokonać rzekę. Zresztą nie jesteśmy tu sami. Tuż obok mnóstwo lokalnych mieszkańców, którzy niosą ze sobą swoje owoce i warzywa i podobnie jak my szukają najlepszego miejsca do przejścia. Romeo bada teren. Całą trasę towarzyszył nam w kaloszach, teraz juz wiemy dlaczego. Wchodzi do wody, nadmiar wody, po prostu wylewa z butów. Znajduje miejsce, gdzie przewodnik i Romeo ustawiają się po obu stronach i asekurując nas przeprowadzają kawałek po kawałku w głąb. Fragment już za nami. Teraz kolejny etap. Tu przesmyk dość szeroki i niezbyt wiele kamieni. Trzeba dać pokaźnego susa. Darek, Tomek, Ewa, Krysia, Mila, zostaję ja i Siostry. Beata decyduje się na inny wariant i przechodzi wraz z Romeo po kamieniach w górze rzeki. Niestety moczy się do kolan, ale jest już po drugiej stronie. My z Bożenką po susie i znowu jesteśmy razem. Z daleka widzimy nawet, że podjechał nasz autobusik. Wydaje się, że najgorsze za nami... Ale tak się tylko wydawało. Darek, który był jako pierwszy znalazł odpowiednie miejsce i robi pierwszy krok... kamień okazał się być tylko niby kamieniem i Darek wpada po kolano w błocko. Chcąc jak najszybciej wydostać się z tej mazi robi kolejny szybki krok w przód, zapada się jeszcze bardziej i jeszcze i jeszcze. Błoto straszne. Sięga dobrze do ud. I jak tu iść? Teraz kolej na nas. Techniki są różne. Czekamy na przewodnika, który pojedynczo stara się nas przeprowadzić po błocie. Już wiadomo, że suchą stopą nie przejdziemy. Prawie uda się to Ewie, ktora jako najlżejsza i najmniejsza zostanie przeniesiona przez Kacpra "na barana". My niestety nie mamy tyle szczęścia i po wyjściu z błota jesteśmy upaćkani wewnątrz butów, na zewnątrz po kolana. Miny takie sobie. Przejdzie nam do wieczora. Tylko Tomek się cieszy, że to był prawdziwy trekking.

Mycie nóg i butów w rzece. Staramy się chociaż trochę odczyścić. Krysia i Bożka szły bez butów, przynajmniej oszczędziły buty za to pokiereszowały sobie stopy kamykami.

Wreszcie siedzimy w autobusie. Jedziemy na nocleg jeszcze wyżej w góry do resortu z widokiem na Dolinę Baliem. Większość z nas suszy buty i skarpetki więc siedzimy w autobusie na bosaka. Pozdrawiają nas dzieciaki, które stoją przy drodze i żywiołowo reagują na autobus z Białymi gromkim Uuuuuu! Ujawniają się talenty Krzykaczy wśród nas, najgłośniej wtórują Maluchom zza okna Mila i Krysia. Pokonujemy najpierw drogę do Wameny, a stamtąd zaczynamy się piąć autobusem w góry. Droga taka sobie. Nie przeszkadza ona jednak Krysi, która zasnęła i teraz na każdym wyboju i kamieniach podskakuje i opada na ramię Darka. Dłuży się nam ta droga i jest nam zimno. Temperatura nagle spada i to znacznie. Wreszcie przydadzą się nam polary. Dojeżdżamy na miejsce - jak tu pięknie. Wchodzimy do recepcji z wielkim tarasem i niesamowitym widokiem na Dolinę Baliem. Cudo! A jeszcze piękniej, bo Pani w resorcie proponuje nam gorącą kawę i herbatę. Przystajemy na tę propozycję bardzo ochoczo. Większość naszych rzeczy po dzisiejszej przeprawie, w tym także buty oddajemy do prania. Rozsiadamy się przy stoliku, mamy już kawę i herbatę. Od razu nam cieplej, łagodnieją nastroje i zaczynamy śmiać się z błota i przeprawy przez rzekę. Czas na deser: smażone banany. Staną się naszym ulubionym smakołykiem. Rozchodzimy się do pokoi. Wszystkie mieszczą się w małych niezależnych domkach stylizowanych na chatki plemienia Dani. Od godziny działa już generator i tym samym mamy ciepłą wodę (nie wszyscy wprawdzie jednocześnie, ale do rana uda się całej naszej Siódemce wykąpać w ciepłej wodzie). O 19.00 spotykamy się na kolacji. I znowu jedzenie. Po posiłku przenosimy się na fotele obok, gdzie popijamy gorącą herbatę i plotkujemy. Czas otworzyć szpital wycieczkowy. Przybywa nam Chorych. Tym razem padło na gardło. Kilkoro z nas jednak dzielnie walczy i nie poddaje się.

Na dzień dzisiejszy zaplanowaliśmy wycieczkę do Doliny Pass. Jest to jedno z pierwszych miejsc, do którego w latach 60 dotarli misjonarze z Europy. Do tej wioski akurat z Holandii. Jedziemy spory kawał drogi. Krajobrazy bardzo malownicze. Co jakiś czas fundujemy sobie krótki postój na zdjęcia. Jak tylko się zatrzymamy  jak spod ziemii pojawiają się tłumy miejscowych, którzy z wielką ciekawością się nam przyglądają. Sama wioska nie robi na nas wrażenia. Została przebudowana w myśl zasad europejskich. I tak domki są wykonane z solidnych desek drewnianych, na dachach zamiast suszonej trawy blacha albo eternit, szkoła, kościół, kable rozprowadzające prąd, anteny satelitarne. A sami ludzie jacyś inni, bardziej wstrzemięźliwi, nieciekawi nas Białych. Dopiero tuż przed naszym postojem na lunch w hali, która na co dzień służy wiosce jako rynek, otaczają nas dzieci wraz z matkami. Rozdajemy ostatnie słodycze i papierosy. Do ostatniej wioski mamy zaledwie żabi skok. Drogę do wioski pokonujemy samochodami, jednak drogę powrotną decydujemy się odbyć pieszo, chociaż jej fragment. Zasiedzieliśmy się w samochodach, teraz czas rozprostować nogi. My krokiem spacerowym, Tomek zdecydowanie marszowym. Oddalił się na tyle, iż nasi kierowcy gotowi byli zawrócić w przekonaniu, że Go minęliśmy, bo był tak daleko. Znalazł się jednak sporo przed nami. W drodze powrotnej do Wameny zatrzymaliśmy się w jaskini. Nie mieliśmy dość sprzętu, żeby wejść głębiej, dlatego obejrzeliśmy ją tylko z zewnątrz. Około 16 dotarliśmy na miejsce. W świetnej formie zastaliśmy Milę, która rano musiała odłączyć się od naszej grupy ze względu na dokuczające Jej problemy żołądkowe. Jak łatwo było się nam domyśleć nie spędziła całego dnia w łóżku. Dzielnie pochodziła niedaleko naszego ośrodka, zaprzyjaźniając się z panem od sklepiku, który zaprosił Ją do swojej wioski, w której przedstawił mieszkańców oraz pochwalił się swoim domem. Wspólnie zasiedliśmy nad kawą i herbatą. Dziś prócz bananów zaserwowano nam także bataty i taro w cieście.

Po kolacji, na którą część z nas zapobiegliwie przyszła otulona w koce zasiedliśmy przed telewizorem i obejrzeliśmy program wprawdzie po niemiecku o wyprawie w głąb dźungli do plemienia Korowajów, jest to jedyne plemię, które do dnia dzisiejszego buduje swoje domy na drzewach, nawet na wysokości 30 metrów. Narobiliśmy sobie apetytu na taką wyprawę. Kto wie, może za rok?

Dzisiaj przy śniadaniu istny szpital. Więcej nas Chorych niż Zdrowych. Układamy program A i B. A to trekking niedaleko naszego hotelu z wejściem na szczyt najbliższej góry, około 4 godzin. Plan B to odpoczynek w pokojach i na słońcu na tarasie.

Tylko Trójka decyduje się na trekking (Krysia, Estera, Tomek). Dostajemy do opieki naszego kelnera, który jest jednocześnie przewodnikiem górskim (w kaloszach), dla towarzystwa idzie z nami Jego Kolega (ten na bosaka). Rezygnujemy z lunchu po drodze, dotrzemy na posiłek do hotelu. Pogoda coraz lepsza, a jeszcze przed godziną cała Dolina zasnuta była całkowicie gęstymi puszystymi chmurami i nie było widać nic. Trasa nie zapowiada się zbyt łatwo. Już na samym początku grzęźniemy w błocie. I tak już do końca. Wprawdzie po przejściu przez rzekę, gdzie błoto było po kolana, to trochę nie robi już nam różnicy. Chłopcy dzielnie pomagają Krysi i mi. Tomek zamyka nasz pochód. Przejaśnia się i ukazują się nam coraz ładniejsze widoki. Spotykamy na trasie całe wioski, potem kąpiące się dzieci w rzece, stadka świnek, pieszych, kobiety wracające znad rzeki z umytymi warzywami. Co jakiś czas przystajemy na złapanie oddechu i podziwianie widoków. Zdobywamy szczyt pozostając na chwilę w deszczu. Ale jak przejdziemy na drugą stronę znowu wracamy w strefę słońca. Nasi przewodnicy niczy szwajcarski zegarek, równo po 4 godzinach schodzą z nami do hotelu. Jesteśmy umorusani, ale bardzo zadowoleni. Warto było. Teraz chwila na kąpiel i spotykamy się wszyscy na lunchu w restauracji.

Sekcja szpitalna wypoczęta i czuje się już lepiej. Po lunchu czas na kawę i herbatę, potem poobiednia siesta i już kolacja. Krysia niestety dołączyła do Chorych. Ostaliśmy się ja i Tomek. Wieczorem jeszcze na chwilę zasiadamy w fotelach. Wykupujemy pół sklepiku przed wejściem (tym razem furorę zrobiły skamieliny). I czas na spanie. Rano lecimy do Jayapury.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: