Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Zrealizowane Imprezy 2017

Wamena, Iriam Jaya

04-07-2008

Znad gąszczu zieleni słychać w oddali furkot silnika awionetki. Na placu poruszenie. Nie jesteśmy jedynymi pasażerami. Wokół nas mnóstwo miejscowych oferujących swoje usługi jako tragarze. Prócz tego mnóstwo dzieciaków hasających w wodzie i kałużach. Niewzruszenie trwa handel na miejscowym targowisku. Trochę zieleniny, storczyki. Wreszcie awionetka ląduje. Przez otwarte drzwi wysypuje się dwunastka tubylców, za nimi ich bagaże. Kolej na nas. Ostatecznie przewodnik znalazł rozwiązanie pośrednie, zamiast bezpośredniego lotu do Wameny lecimy wraz z innymi pasażerami do Timiki, tam międzylądowanie a my kontynuujemy do Wameny. Tak też się stało. Z niepokojem patrzymy na nasze niewymiarowe bagaże. Na szczęście da się radę upchnąć je w awionetce.

Ostatni widok na Ewer. Pogoda taka sobie, gęste chmury częściowo przesłaniają nam widok. I tak jednak udaje się nam wypatrzeć plątaninę rzek i zieleni. Mila jest na straży, robi nam mnóstwo zdjęć. Przeraźliwie zimno w samolocie. Głowy opadają nam bezwiednie, przysypiamy. Nie na długo bo po kilkudziesięciu minutach zniżamy się do lądowania. Na płycie lotniska w Timice, które zasadniczo nie wygląda zbyt reprezentacyjnie musimy przesegregować nasze bagaże i mamy chwilę czasu na toaletę, a awionetka w tym czasie zostanie dotankowana. Korzystamy z lokalnej toalety. Okupowana jest przez "jakieś nogi". Tylko tyle udaje się nam podpatrzeć. Nie pomaga stukanie, pukanie. Wreszcie widząc nasze zniecierpliwienie miejscowi celnicy i wojskowi zaczynają coś pomrukiwać pod nosem. Jeden z nich wyglądający na bardzo ubawionego całą sytuacją nawołuje swego kolegę. Pewnie coś w stylu: Herkules, Herkules wychodź. Kolejka na zewnątrz. Nadal czekamy. Wreszcie drzwi się otwierają i wychodzi najprawdziwszy...Herkules. Ma w sumie może 1,40 i jest zaczerwieniony. Nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Całe nasze babskie grobo parska śmiechem. Na szczęście nasz Mini - Herkules też ma poczucie humoru i śmieje się wraz z nami i swoimi kolegami. Gotowi do lotu.

Przyjmujemy kurs na północ do Wameny. Wreszcie coś nowego. Widoki najpierw znikają za chmurami. Tym razem lot dłuższy bo potrwa prawie półtorej godziny. Pilot wziął sobie za punkt honoru zmrozić nas podczas przelotu. Niestety w ten sposób rozłożą się Beata i  Darek. Przed lądowaniem ukazują się nam fenomenalne widoki. Same góry i pagórki. Krajobraz zupełnie odmienny od Asmatów. Pojedyncze domki zbudowane na podstawie koła ze słomianymi dachami. Sporo poletek uprawnych. Soczysta zieleń. Schodzimy do lądowania. Jesteśmy podekscytowani. Nie możemy się doczekać przede wszystkim Panów w kotekach (charakterystycznej osłonce na penisa). Czy Oni jeszcze istnieją?

Wychodzimy z awionetki. I znowu napotykamy kilkanaście szeroko otwartych i wlepionych w nas oczu. Rozglądamy się bacznie, panów z kotekami nie widać. Małe zamieszanie przy naszych bagażach. Wreszcie tragarze chwytają się za bagaże, a my za nimi wychodzimy z lotniska. I są pierwsi członkowie plemienia Dani. Krążą wokół nas. Witają się przez podanie ręki i zachęcają do zrobienia zdjęcia. To największa różnica, która od dzisiaj będzie towarzyszyła nam w Wamenie i okolicy. Ludzie nauczeni przez Turystów wiedzą, że są dla nas bardzo interesującym tematem do zdjęć. Oczywiście nie za darmo. Jesteśmy póki co wstrzemięźliwi.

Siadamy do podstawionych autek i przejeżdżamy do hotelu. Pierwszy fałszywy alarm to piwo w karcie dań. Niestety piwa brak. Za to jest przepyszny i bardzo gęsty sok z awokado do tego ze ściankami szklanki polanymi czekoladą. Pycha!

Nie ma co siedzieć w hotelu. Po załatwieniu formalności z miejscową policją i zgłoszeniu przyjazdu naszej grupy oraz przedłożeniu naszego oficjalnego pozwolenia na wjazd do Irian Jaya ruszamy na zwiedzanie. Chłoniemy widoki za szybą samochodów. Pogoda utrzymuje się póki co, choć deszcz wisi w powietrzu. Plan na dzisiaj to ceremonia pieczenia świnki w specjalnym piecu. Docieramy do naszej wioski. Po drodze mijamy bardzo wiele kobiet ze swymi charakterystycznymi torbami niesionymi przez nie na głowie. Są to uplecione siatkowane bardzo rozciągliwe torby, które wsparte na czole służą do przenoszenia absolutnie wszystkiego. Od warzyw, przez dzieci i małe świnki. Sporadycznie z takimi samymi torbami spotykamy także mężczyzn. Zasadniczo jest to jednak domena kobiet. Na poboczu mijamy także nagich mężczyzn ze swymi kotekami. Osłonki wykonane są z kalabasy i mają różną długość i szerokość.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: