Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 13-29.09.2008

Mossel Bay, Hermanus, winnica Morgenster, Kapsztad, Przylądek Dobrej Nadziei

27-09-2008

Rano budzi nas słońce. Śniadanie. Artur rozmawiał z hotelem w Hermanus. Zrywamy się z miejsc na wiadomość, że niebo tam piękne i bezchmurne. Zanim jednak dotrzemy na wieloryby czeka nas długa droga. Pierwszy przystanek w Mossel Bay. Zwiedzamy tu kompleks muzealny poświęcony Bartolomeo Diaz. W muzeum karty historii związane z przybyciem Portugalczyków do RPA, kopia statku na którym przypłynęła 33 osobowa załoga. Przed wejściem zatrzymujemy się przy słynnym drzewie pocztowym i robimy sobie zdjęcia przy unikatowej skrzynce na listy w kształcie buta. Dalej w drogę. Kolejny przystanek to Przylądek Igielny. I choć wielu powszechnie uważa, że to Przylądek Dobrej Nadziei jest najbardziej na południe wysuniętym skrawkiem lądu, to my osobiście sprawdzamy, że to nieprawda. Znajdujemy punkt, gdzie dwa oceany mieszają się ze sobą. Sesja zdjęciowa, odwiedzamy także pustą plażę nad Oceanem Atlantyckim i szukamy koralowców oraz muszli. Krótki lunch i teraz już droga do Hermanus. Kilka przystanków na żurawie specjalnie dla Mirka. Dzięki Jego ornitologicznej pasji wszyscy wyostrzyliśmy sobie wzrok na ptaki i wspólnie z Mirkiem (choć jeszcze nie tak systematycznie) wypatrujemy co piękniejszych okazów. Wreszcie tuż przed zachodem słońca docieramy na miejsce. Znowu mieszkamy w bardzo urokliwym hotelu. Niektórzy z nas mają przez okno widok na ocean i tym samym na wieloryby. Nie poprzestajemy jednak na leniuchowaniu w hotelu i w ekspresowym tempie jesteśmy gotowi do drogi i wybieramy się na spacer wzdłuż wybrzeża. Nie kłamał Artur widząc już z autobusu fontanny wody, teraz i my wypatrujemy kolejne wieloryby. Przyglądamy się im harcom. Jak na życzenie kilka z nich wyskakuje z wody, inne wachlują dostojnie ogonem. Robimy zdjęcia. Marzniemy, bo wiatr nad brzegiem wody się wzmaga. Krótka rozgrzewka przed kolacją w mieście. Tym razem na dobre wino zapraszają Gosia i Kris. Kolacja i nocleg a jutro rano safari i wyprawa w ocean na wieloryby.

Wszystko w RPA jest naj i piękne, ale walka codzienna z Internetem psuje mi czasami humor. Niestety połączenie jest fatalne i najczęściej kończy się w trakcie ładowania zdjęć lub opisu na stronę. Nadrabiam zaległości!

Bardzo wcześnie przed umówioną pobudką budzimy się z Asią i powtarzamy nasz rytuał sprawdzania pogody. W pidżamach najpierw ja, potem Asia wybiegamy na taras i oglądamy niebo. Niestety wieje i to dość mocno, ale chwilowo nie pada. Wszyscy punktualnie jak zwykle zbieramy się na śniadaniu. Hotel najwidoczniej też został zaskoczony aż taką jesienną pogodą wiosną. Przecieka dach i niektórym z nas kapie do talerza. Prócz wiatru leje jak z cebra. Nie robiąc sobie nic z pogody wybieramy się w stronę portu. Jednak na próżno marzyć o wielorybach. Z brzegu nadal widać ich wielkie cielska w oceanie, my jednak chcemy zobaczyć je z bliska. Pogoda uniemożliwia nam wypłynięcie na safari. Kapitan sprawdza pogodę na najbliższe dni. A czasu coraz mniej, bo w niedzielę odlot. Cały dzisiejszy dzień nie rokuje możliwością wypłynięcia w ocean. Jutro pogoda także nie najlepsza. Za to w niedzielę około dziewiątej rano zapowiada się na słońce i przede wszystkim spokojne morze. Wracamy do autobusu z tą wiadomością. Okazuje się, że pod naszą nieobecność zapadły podobne rozwiązania na pokładzie. Zamiast rozczarowania czy narzekania wiadomość o nieudanej próbie dzisiejszego safari zostaje przyjęta bardzo pozytywnie. Trochę mi lżej na sercu, jednak napięcie w oczekiwaniu na słońce niedzielą pozostaje. Za to humory w autobusie niesamowicie optymistyczne. Oczywiście to zasługa wspaniałej grupy, ale pewnie i leków. Każdy z nas w obawie przed wielkimi falami zażył końską dawkę aviomarinu i lokomotivu. Tylko Kris, Rysio i Mirek nie złamali się i są teraz na jawie. My za to śmiejemy się z własnej zapobiegliwości. Niektórzy z nas eksperymentalnie pomieszali oba leki, inni wzięli podwójną a nawet potrójną dawkę. Jak zwykle jest wesoło. Musimy szybko przearanżować nasze plany. Ruszamy w stronę Kapsztadu z dwoma przystankami.

Pierwszy z nich to winnica Morgenster. Prócz degustacji win zaczniemy od próbowania oliwek oraz oliwy z oliwek. Cały czas pomni naszych leków, które zażyliśmy z myślą o kołysaniu jesteśmy ciekawi jaka reakcja będzie po lekach i winie. Naoliwieni przystępujemy do smakowania win. Są rzeczywiście pyszne i bardzo aromatyczne. Stąd przejeżdżamy do kolejnego miasteczka: Stellenbosch to typowe winno – uniwersyteckie miasteczko, w którym prócz dobrej kawy robimy drobne zakupy. Następnie Frenschoek i kolejna winnica, tym razem wybieramy nasze ulubione małe i romantyczne miejsce Chamonix. Degustujemy kolejne smaki. Mamy nawet swoich faworytów. Asiunia obkupuje nas w wino: dziś Jej termin. Jesteśmy głodni więc zasiadamy w miejscowej małej knajpce na przekąsce. Zimno nam nadal, chociaż dzień się wypogodził i grzeje piękne wiosenne słońce. Czas na Kapsztad. Już z daleka widać całą Górę Stołową, a że bywa często w chmurach spontanicznie decydujemy się na jej zdobycie jeszcze dzisiaj. Bardzo dobra decyzja. Żadnej kolejki przed wejściem do wagoników i szybko dostajemy się na górę. Jesteśmy jedną z ostatnich grup, która w promieniach zachodzącego słońca ogląda panoramę na Kapsztad. Niektórzy sugerują delikatnie, że temperatura spadła poniżej zera. Hania jednak dementuje plotki odkrywając wodę w kałużach. Komisyjnie sprawdzamy temperaturę na wielkim termometrze przy kolejce + 4 stopnie. Tym samym zaliczamy wszystkie cztery pory roku w Afryce. Mamy na sobie absolutnie wszystkie ciepłe rzeczy. Wyglądamy jak prawdziwa wyprawa polarna. Ale dla widoku warto było obejrzeć Górę Stołową jeszcze wieczorem.

Kwaterujemy się w modernistycznym hotelu, gdzie odkrywamy wiele śmiesznych rozwiązań dizajnerskich. Wybieramy się na kolację do modnego miejsca w Kapsztadzie: Waterfront. Dzisiaj wpływy kuchni portugalskiej. Bawimy się do późna. Przedłużamy sobie wieczór odwiedzając jubilera z brylantami i tanzanitami. Potem drinki w hotelowym barze i robi się grubo po północy.   

Święto jak nigdy dotąd. Śpimy dłużej niż do 6.00. Wypomina mi to wczesne stawanie cała grupa, ale podobno na wycieczce wstaje się chętniej i inaczej niż w domu. Całe szczęście… Zaczynamy od pysznego śniadanka, a potem targ z rękodziełem afrykańskim. Uzupełniamy braki, dokupujemy płyty z muzyką. Czas na Przylądek Dobrej Nadziei. Ruszamy na objazd miasta i klifem nad Oceanem Atlantyckim docieramy najpierw do miejsca, skąd łódką popłyniemy na Wyspę Fok. No właśnie popłyniemy… Niestety nic nie wróżyło z brzegu taaaakich fal. Rzucało nami na prawo i lewo. Kołysało na boki. Do tego podróżowaliśmy wspólnie z przerażoną gromadą murzyńskich nastolatków, których ogarnęła panika i strach. Trzymaliśmy się dzielnie dość długo. Jednak nie wszystkim nam udało się dotrwać do końca. Niektórzy odchorowali tę podróż (ponieważ wymęczyli się straszliwie milczę kto to był). Wczorajszy aviomarin dzisiaj byłby całkiem uzasadniony. Niestety akurat dzisiaj nikt go nie zażył. Cóż… W nagrodę po tak burzliwej podróży wybraliśmy się na kawę pocieszenia do najprawdziwszego Włocha. Powoli odzyskujemy kolory i wracamy do formy. A foki oczywiście widzieliśmy, całe stado baraszkowało w wodzie.

Docieramy do Punktu Przylądkowego i krótko potem do Przylądka Dobrej Nadziei. Sesja zdjęciowa. Najlepsi piechurzy wśród nas decydują się nawet na ekspresowy marsz i zdobycie bardzo oddalonego szczytu na Punkcie Przylądkowym. Jest nam już ciepło i bardzo przyjemnie. Tyle, że znowu jesteśmy głodni. Tym razem wybór pada na ryby i owoce morza. Pyszności!

Na sam koniec przystajemy przy plaży z pingwinami tońcami. Jest ich całe mnóstwo, pociesznie leżą pod krzaczkami. Maszerują zataczając się na boczki. Asiunia opanowała nawet ich okrzyk godowy i bawi nas naśladując pingwiny bardzo wprawnie. Mirek jest jak w raju. Same ptaki dookoła. Słońce zachodzi i robi się znowu dość chłodno. Wracamy do hotelu na szybkie przebranie się i kolacja. Dzisiaj pożegnalna. Wybieramy lokal z kuchnią i muzyką na żywo afrykańską. Przed jedzeniem lampka pożegnalnego szampana. Ja dziękuję grupie. Wszyscy dziękujemy Arturowi za wspaniała opiekę. Potem Miruś dziękuje w imieniu grupy. Dostałam piękne figurki – dziękuje bardzo. Ciocia zaprasza na wino. Choć to pożegnanie to jeszcze przed nami jutrzejszy dzień i nie jest nam tak całkiem smutno.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: