Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie 14-30.10.2008

Goa, Powrót do Polski

30-10-2008

Tu przywitała nas bardzo wysoka temperatura, 31 stopni i piękne słońce. Wreszcie pierwsze miejsce na trasie, gdzie widoczność jest znacznie lepsza i nie ma smogu w powietrzu. Autobus podstawiony. Odjazd. Zadziwia nas bardzo bujna i zielona roślinność. Mamy wrażenie, że wylądowaliśmy poza granicami Indii. Na drodze bardzo mały ruch, rzadko kto używa klaksonu. Dość ładnie docieramy do naszego hotelu. Dostajemy klucze i niestety ku naszemu rozczarowaniu kilka z naszych pokoi nie spełnia naszych oczekiwań. Wymieniamy na pokoje w willach, i jest lepiej. Zachmurzone miny i marsowe czoła rozchmurzy piękny zachód słońca i szeroka, prawie pusta plaża. A potem zasiadamy do wspólnej kolacji i jest już prawie jak zwykle bardzo miło i sympatycznie. Dzisiaj wieczór należy do Bogdana, który wymyślił okazję na powitanie Goa. Snujemy plany jakby można unowocześnić i zeuropeizować ten ośrodek i wprowadzić tutaj nasz ład i porządek. Po kilkunastu pomysłach zarzucamy ideę.
Na krótko przed północą rozchodzimy się na nocleg.
A dzisiaj wyjątkowo cały wolny dzień, przeznaczony na błogi relaks i leniuchowanie. Od rana nawet jeszcze przed śniadaniem odwiedzamy plażę. Potem spacery po pustej plaży, pływanie, mamy wrażenie, że chwilowo woda w morzu jest nawet cieplejsza niż samo powietrze. Glorie, Sylwia i Renata po lunchu decydują się na lot za łódką na lotni. Podobno niesamowite przeżycia. Ola aż skacze z radości. Teraz oglądamy swoje ciała czerwone od słońca. Za chwilę kolacja i pewnie znowu jakaś uroczystość.

Oczywiście, że mamy kolejną uroczystość. Renata i Ryszard zaproponowali dzisiaj wejście do klanu Klientów ESTY. Przyjęliśmy Ich bardzo serdecznie z otwartymi ramionami. Oczywiście musieli się najpierw wkupić. Ważna uroczystość o tyle, że Renata i Ryszard jako jedyni byli w naszej grupie do Indii całkiem nowym narybkiem. Mam nadzieję, że to ich pierwsza ale nie ostatnia wyprawa w naszym gronie.
Znowu harcujemy do późna. Jutro nie trzeba rano wstawać.

Leniwe śniadanie. Niektórzy z  nas ambitnie cały dzień spędzą na plaży. My popołudniem zamierzamy się wybrać do Starego Goa na zwiedzanie. Bojkotują wyjazd Celina i Marysia oraz Renia i Rysio. Może mają trochę racji, bo więcej czasu spędzimy w autobusie by po wąskich drogach dotrzeć do Goa, niż na samym zwiedzaniu. Ale Ci co byli i dzielnie znieśli dzielący nas od miasta dystans, nie żałowali. Stare kościoły pamiętające czasy panowania tutaj Portugalczyków robią wrażenia, szczególnie w Indiach tak egzotycznym dla nas miejscu. Nasz przewodnik miejscowy zaskakuje nas dzisiaj i śpiewa piosenki. Najpierw o Jerozolimie w autobusie, ale chcąc wykorzystać jego naprawdę dobre zdolności wokalne zapraszamy go do odśpiewania tych religijnych pieśni w kościele. I choć na początku się wzbrania, kiedy zaczyna śpiewać pierwszą zwrotkę, sam słyszy jak pięknie brzmi w tych wnętrzach jego głos i o dalsze wersy nie trzeba go już prosić. 
Wracamy na kolację do hotelu. Dzisiaj kumulacja różnych uroczystości. Najważniejszą z nich są imieniny naszego grupowego Tadeusza. Impreza istotna bo nie na niby. Tadeusza obdarowujemy wielkim koszem owoców, a On oczywiście już po raz kolejny dzisiaj zaprasza nas na poczęstunek. Ta kolacja jest także naszą wspólną kolacją pożegnalną. Czyli mamy następną uroczystość, jakby tego było mało, to Andrzej, który nie zdążył znaleźć wolnego terminu wcześniej, przypomina sobie, że już za miesiąc także On obchodzi swoje imieniny i podłącza także swoją uroczystość. Wcześniej na ucho Jaga i Janusz zgłosili zapasy, które zachomikowali w swoich walizkach do ostatniego dnia pobytu i tak na małym magicznym stoliku mamy cały bardzo urozmaicony wybór różnych trunków i oczywiście jak zwykle wyborne humory. 
Nie może zabraknąć naszego przewodnika, który zachęcony przez nas swymi dziennymi występami w kościele teraz dedykuje swoją piosenkę specjalnie Tadeuszowi. Dziwnie to wygląda kiedy mężczyzna mężczyźnie śpiewa o miłości, w trakcie występu przesyła całuski, ale tu nie dziwi nic. Zataczamy się ze śmiechu, bo sytuacja przekomiczna, ale gest się liczy. Na drugą jednak miłosną serenadę już nie przystaję. Impreza przeciąga się do północy. Będą śpiewy grupowe, przyśpiewki, nawet pląsy na siedząco. Nikomu z nas nie chce się wierzyć, że nasz pobyt w Indiach dobiega końca.

Póki co jednak korzystamy z ostatnich chwil na plaży. Na szczęście dla nas lot mamy dopiero popołudniem. Czyli od rana po wczesnym śniadaniu uda się nam jeszcze popływać i poopalać. Potem lunch, bagaże i lecimy do Bombaju. Tu nasz przewodnik ma kolejny występ, tym razem cienki bo nie wokalny. Ma nas zabrać na ostatnią kolację, ale ewidentnie nie jest przygotowany do kolacji naszych wyobrażeń. Nie udaje mi się zachować pogody ducha i buddyjskiego opanowania emocji. Lepiej żeby nikt mnie takiej nie zapamiętał…
Cóż, Indie nie zawsze są łatwe. Ale i z tej opresji wychodzimy cało. Znajdujemy alternatywne miejsce i dobrą kolację. Janusz mnie wytuli w imieniu grupy za całą trasę i od razu mi lepiej. Przejazd nocą przez Bombaj okazał się być całkiem ciekawym przeżyciem. Trafiliśmy na resztki święta światła i witania Nowego Roku przez Hindusów. Do tego wieczorem mnóstwo ludzi było na ulicach. Ładne pożegnanie z Indiami. Na lotnisko docieramy na długo przed czasem odlotu naszej maszyny.
Okienka do odprawy są już otwarte i bardzo sprawnie nadajemy nasze bagaże, a potem odprawiamy się na odlocie. Już tylko czekamy na otwarcie wejścia do samolotu. Wylatujemy z Bombaju zostawiając za sobą 32 stopniowy upał i ogromną wilgotność. Ważne to o tyle, że po prawie 9 godzinach lądujemy w zaśnieżonym Zurychu, gdzie temperatura wynosi zaledwie 1 stopień.
Nie przeszkadza to Andrzejowi, który powita Europę w krótkim rękawku albo Eli S., która wejdzie na płytę lotniska jeszcze w sandałach…Pozostali z nas ubrali się jednak na jesienno, ale nikt na zimowo.
To przez śnieg i lód mamy dwie godziny opóźnienia na wylocie. Nasza maszyna aż dwukrotnie zostanie odśnieżana i odmrażana. Jest co robić. Kiedy startujemy oddychamy z ulgą. Przed nami krótki lot do Warszawy.

I tak wszyscy w komplecie (poza walizką Jagi) docieramy do domów. Za nami 17 kolorowych dni, które w wybornym gronie spędziliśmy w Indiach. W tym czasie wymieniliśmy między sobą mnóstwo wrażeń i opinii, zrobiliśmy dziesiątki tysięcy zdjęć i zjedliśmy całe mnóstwo indyjskich potraw nie licząc chlebków prosto z pieca z czosnkiem lub bez.

Indie dla wielu z nas były podróżą marzeń, dla innych brakującym punktem na mapie odwiedzanych miejsc na świecie, dla jeszcze innych krajem spowitym magią religii i tajemniczością. Udało mi się pokazać grupie Indie północne z całym ich kolorytem, ludźmi, ich gościnnością, uprzejmością ale i biedą oraz slumsami. Dzięki temu, że świetnie przygotowaliśmy się do wyjazdu, poczytaliśmy o Indiach wiele rzeczy, które widzieliśmy tam wokół nas było dla nas prostszych i bardziej zrozumiałych.

Wracam do mojej wypowiedzi z początku imprezy, kiedy cytowałam za wielkimi podróżnikami, że Indie albo się pokocha albo znienawidzi, nikt nie pozostanie wobec nich obojętny. I choć podczas pobytu i zwiedzaniu kolejnych miejsc szale tej wagi drgały i stale zmieniały pozycje, większość z nas przyznała wczoraj, że chętnie kiedyś tu wróci, do Indii Południowych, w Himalaje.

Dziękuję Wam za piękne, kolorowe Indie!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: