Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kostaryka 20.01-4.02.2009

Plażowanie, nurkowanie i wyspa del Cano

01-02-2009

Na naszych stołach po raz kolejny królują ryby i owoce morza. Leniwie delektujemy się widokami i zapachem czosnku wydobywającego się z kuchni.  Nie ma lepszych wakacji.

Docieramy do hotelu jeszcze przed zachodem słońca i znowu nam błogo ale i jak. Nasz ostatni hotel na trasie nosi nazwę Kołyski Anioła. I rzeczywiście takową dla nas jest. Jest to przemiły mały budynek mieszczący około 20 pokoi, z czego każdy kryje się pod nazwą jednego z aniołów. Mamy widok na ocean a przed hotelem na linii horyzontu basen. Pokoje w stylu hinduskim z przepięknymi i bardzo stylowymi meblami. Nad każdym łóżkiem czuwa nad nami aniołek, w łazienkach mini aniołki, wszystko dopieszczone i dopracowane. Jest nam bardzo dobrze.

Od razu przebieramy się w stroje i spotykamy się w basenie. Mocząc się w bardzo przyjemnej wodzie obserwujemy zachód słońca nad oceanem. Zaczynają latać wokół nas nietoperze i świetliki. Księżyc nad naszymi głowami, pojawiają się także gwiazdy. I jak tu rozstać się z tak pięknym krajem. Nikt nie myśli póki co o powrocie. Po basenie spotykamy się pod parasolami i do późnej nocy opowiadamy sobie różne historie. Oczywiście jednym z głównych tematów są nasze podróże. Już planujemy kolejne, i niewykluczone, że uda się nam powtórzyć nawet część tego samego składu.

A rano spotykamy się przy śniadaniu. Pyszne gęste soki, kawa z plantacji Britt uchodzącej tutaj za najbardziej znaną, pyszne rogaliki i platany. Już wiemy jaka jest różnica między bananami i platanami nawet na ząb.

Ze strojami kąpielowymi udajemy się zaledwie 20 kilometrów bardziej na południe by dotrzeć do plaży o nazwie Okno. Skały i formacje układają się tu na kształt okna rozsiadamy się pod palmami kokosowymi na ziemi. Za chwile widząc jak z pobliskich drzew lecą kokosy przenosimy się w bardziej bezpieczne miejsce. Część z nas od razu biegnie do wody. Tym razem jednak plaża jest inna niż wczorajszy park Manuel Antonio. Piasek jest ciut ciemniejszy choć tak samo drobny, ale fale bardzo zdradzieckie. Najpierw uderzają bardzo delikatnie o brzeg przyzwyczajając do lekkiej bryzy, by nagle i niespodziewanie zaatakować na tyle mocno by zrywać stroje, okulary, chustki, zalewać nawet kamery. Woda jednak wyborna.

A w kąciku czytelniczym zamiast książek, plotki i ploteczki. O wszystkim. Olman zapoznał nas z miejscowymi chłopcami, którzy specjalizują się w strącaniu i sprawianiu kokosów. Oczywiście zasilamy ich skarbonki i każdy z nas próbuje wody kokosowej oraz miąższu z kokosów. Bardzo orzeźwiające.

To nie koniec rozpusty, bo prócz krzesełek, które dotarły za nami, teraz na plażę wjeżdża też stół. A chwil kilka po nim -  pan, który niesie ciężką i wielką chłodziarkę a w niej owoce i to dla nas. Przypatrujemy się uważnie jak nakrywa liśćmi bananowca stół i w ten sposób mamy zielony i „żywy” obrus. Potem wprawnymi ruchami układa koronę z liści bananowca i krotona przyciskając to prawdziwym ananasem. Teraz owoce: są pyszne małe banany, ananasy i arbuzy. Pięknie komponują się różne kolory. Wszystkie owoce pokrojone w małe cząstki by łatwo je było jeść. To nie koniec smakołyków. Mamy jeszcze papaję i melona. Wszystkie owoce są bardzo słodkie i super soczyste.

Żyć nie umierać!

Koczujemy na plaży do południa. I kiedy już mamy iść wchodzimy jakoś przez przypadek na temat naszej eskapady do Papui i czas przestaje się liczyć. Opowiadam ciekawe i śmieszne a czasami straszne historie o kanibalach i naszych spostrzeżeniach. Uwielbiam takie momenty.

W drodze do hotelu decydujemy się na przystanek przy drodze, gdzie wisi wielki szyld „ceviche i świeża ryba” a nasz kierowca rekomenduje tutejszą kuchnię. Ponieważ już nie mamy wątpliwości, że Kostarykańczycy mają świetną kuchnię decydujemy się z marszu na przekąskę i wybieramy różnego rodzaju ceviche: z ryb, mieszane z krewetkami, z małżą, a każda opcja jest bardzo smaczna. Sylwek, Boguś i Olek zamawiają rybę. Świeża smakuje wprost bosko. Będziemy cali okrąglutcy!

A teraz sjesta w hotelu. Basen, plaża, leniuchowanie. Popołudniem wybieramy się na małe zakupy i kolację. I znowu jedzenie, ale jakie pyszne!

Krótka przerwa na odpoczynek w hotelu, nie dość nam plaży bo część z nas od razu nurkuje w ciepłej wodzie naszego hotelowego basenu. Do miasteczka Dominical jedziemy z zamiarem zrobienia ostatnich zakupów. Nazwanie miasteczkiem rzędu straganów i dwóch sklepów spożywczych to oczywiście przesada, a jednak udaje się nam znaleźć kilka ręczników i kolorowe pareo.  Najważniejszy okaże się jednak zachód słońca. Już wiemy dlaczego wszystkie przewodniki wymieniają właśnie tę plażę jako najlepsze miejsce do obserwowania zachodów. Niebo na pół godziny przed samym zachodem zaczyna mienić się różnymi kolorami. Widok jest wspaniały bo plaża szeroka i widać stąd bardzo duży kawałek oceanu. W wodzie ostatni amatorzy kąpieli i przede wszystkim surferzy. Powoli dzień chyli się ku końcowi. Zaczynają pojawiać się delikatne pomarańcze i czerwienie. Chmury tworzą niepowtarzalną kompozycję na niebie. Przykrywając część nieba pozostawiają nad samym horyzontem kawał czystego nieba, które właśnie teraz zacznie wypełniać się kolorami. Słońce w błyskawicznym tempie pokonuje kolejne warstwy chmur i wreszcie dociera do pustego pasa nieba. A teraz już tylko sekundy dzielą go od całkowitego zatopienia się w oceanie. Uchwycamy ostatnie minuty i sekundy zachodu. Sesja na całego. Dzień się zakończył, ale nie dla nas. W pobliskiej najstarszej i jedynej restauracji w Dominical rozsiadamy się na kolacji. Hitem dzisiejszego wieczoru będą quesadillas wyglądające jak łacińska pizza, nadziewane szynką, serem lub mięsem. Tradycyjnie już najwięcej z nas kusi się na rybę. Stajemy się znawcami i ustalamy wewnętrzny ranking najsmaczniejszych ryb na trasie. Jesteśmy zgodni co do pierwszego miejsca, potem już każdy ma trochę inną wizję.

Do hotelu wracamy w deszczu. Pogoda nie przestanie nas zaskakiwać. Po drodze leje jak z cebra, droga cała mokra. Część z nas marzy już tylko o spaniu, inni jeszcze na pogawędkach przysiadają na chwilę na tarasikach. Deszcz ustaje i powietrze staje się łatwiejsze do oddychania. Przelotny deszcz złagodził duchotę w powietrzu.

A dzisiaj kolejna wycieczka z naszego hotelu i znowu wcześnie rano. Nasza grupa puchnie, mamy przyjemność gościć i zabrać wraz z nami 4 osoby także z Polski, rodzinę naszego kontrahenta. Jedziemy na Wyspę del Cano, która słynie z raf koralowych. Najpierw jednak musimy pokonać kawałek drogi wzdłuż wybrzeża nad Pacyfikiem. Pogoda jak zwykle bardzo optymistycznie nastraja nas do plażowania. Docieramy do naszego portu i czekamy na łódź, która zabierze nas bezpośrednio na wyspę. Nie spodziewamy się, że łódź będzie taka mała, mieścimy się bez problemu, ale za chwilę chowamy głowy za naszymi sąsiadami, bo pęd powietrza jest niesamowity, najpierw płyniemy przez lasy mangrowe i trasa jest bardzo spokojna. Do momentu naszego wpłynięcia na wody otwartego oceanu. Musimy włożyć kamizelki i walczymy z falami, które uparcie kołyszą naszą łódką. Wyspę widać już na horyzoncie. Ponieważ pierwszego dnia naszego pobytu ze względu na duże fale i bardzo silny wiatr nie udało się nam ponurkować na Wyspie Tortuga dziś mamy jedyną i ostatnią już szansę by podglądać rafę koralową i rybki. Dzielimy się na dwie grupy. Jedna z nich zostaje na wyspie, druga płynie do rafy. Obie grupy spotykają się na plaży wymieniając wrażeniami. Plaża jeszcze inna od tych, na których już byliśmy. Piasek trochę grubszy i ciemniejszy. Przy brzegu mnóstwo kamieni i skał. Malowniczy kolor wody i rybki podpływające do samego brzegu. Oczywiście znowu korzystamy z wody i plażowania. W przerwie mała przekąska i czas na nas. W drodze powrotnej zatrzymamy się na chwilę przy lasach mangrowych, które akurat w tym miejscu są bardzo okazałe. Nasz lokalny przewodnik nauczy nas rozpoznawać kilka gatunków drzew oraz pokaże  nam ich nasiona. Z łodzi przesiadamy się do naszego autobusu i zatrzymujemy się w parku, gdzie oglądać można z bliska tajemnicze kule. Pochodzą z tego regionu i do dnia dzisiejszego stanowią największą tajemnicę Kostaryki. Nikt nie wie skąd tak naprawdę pochodzą, ile mają lat i w jakim celu zostały stworzone. Czesia łapie od nich promieniowanie i dobrą energię, my robimy zdjęcia i kierujemy się w stronę hotelu. Po drodze jednak spontanicznie decydujemy się odwiedzić jeszcze raz restaurację przydrożną by skosztować smażonej ryby i ewentualnie ceviche. Ponieważ jesteśmy już po zachodzie słońca wybór jest dość ograniczony, a panie decydują się specjalnie dla nas uruchomić wymytą już kuchnię i serwują nam świeżo smażoną rybę. Posileni wracamy do hotelu. Bawimy się jeszcze nad basenem.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: