Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Japonia 26.03-10.04.2009

Góra Fuji San

31-03-2009

Zjeżdżamy w okolice słynnego mostu i stamtąd pieszo udajemy się do stacji kolejowej. Mając jeszcze chwilę czasu robimy krótki przystanek w kawiarni, a potem odjazd. Jesteśmy około 19.00 w Tokio. Część z nas wybiera się na kolację w stylu zachodnim. Ola, Wacek i ja podejmujemy wyzwanie i ruszamy do tzw. różowej dzielnicy. Coco wyszukała na naszą prośbę kilka restauracji specjalizujących się w okonomiyaki. To tradycyjne danie japońskie nazywane też często japońską pizzą albo omletem z warzywami. Mamy do wyboru pięć restauracji. Tylko jak je znaleźć? Intuicyjnie idziemy zgodnie z planem, tam gdzie mamy wątpliwości w którą stronę skręcić pytamy miejscowych – nadaremnie, nikt nic nie rozumie. Jednak nasz głód jest na tyle silny, a ciekawość niesie jak na skrzydłach, że zupełnie nie wiadomo kiedy jesteśmy na największym skrzyżowaniu różowej dzielny rozrywkowej. Teraz tylko trzeba znaleźć przynajmniej jeden ze wskazanych lokali. Zdaję się na swój instynkt. Zerkam na mapę, na oznaczenia, i wydaje mi się, że restauracja przed nami to jedno ze wskazanych miejsc. Wyciągam kartkę i porównuję znaczki zapisane przez Coco z tym co na ścianie. Według mnie bardzo podobne, wjeżdżamy na 8 piętro i mamy przed sobą małą restaurację. Wita nas w drzwiach starszy pan, który zapewne jest tu kimś ważnym, może nawet właścicielem. Pyta czy chcemy siedzieć przy stole czy na matach – wybieramy to drugie. Sadowimy się wzorem miejscowych na nogach, wcześniej zdjęliśmy oczywiście buty. Teraz zamówienie, łatwiej nam bo pan zna całkiem dobrze kilka słów po angielsku. Wybieramy okonomiyaki z krewetkami i tonomijaki z serem. Za chwilę pani kelnerka przynosi nam dwie miseczki z czymś. I co teraz?

Jak na złość wszyscy wokół składali zamówienie dużo  wcześniej i nie ma jak podejrzeć, jak i co należy zrobić z zawartością miseczek. Prosimy panią o pomoc. Dosiada się więc do nas na maty i na rozgrzaną płytę wmontowaną w stół leje ciut oleju. Potem z miseczki nabiera zawartość gęstą: kapustę, ser, przyprawy i formuje z tego małe kółko. Mi pozwala zrobić dokładnie to samo z drugą miseczką. W przeciwieństwie do mojej okonomiyaki i dość gęstej zawartości, drugie danie jest dużo bardziej rzadkie. Pani wprawnie opieka ranty a potem wylewa całą wodę i zaczyna to wprawnie mieszać i smażyć.

Mamy do tego piwo i zieloną herbatę. Efekt bardzo nam smakuje. Wacek zawodowo dzieli nasze pizze na kawałki. Jesteśmy jeszcze głodni, ale decydujemy się zmienić lokal. Płacimy nasz rachunek i udajemy się w poszukiwaniu kolejnej restauracji. Tym razem jest trochę trudniej, bo plan okazuje się nie aż tak dokładny jak plątanina wąskich uliczek na miejscu. Pytamy o drogę kilku naganiaczy różnych przybytków w dzielnicy rozrywki. Wchodzimy z ciekawości do jednego z salonów pachinko – to sport narodowy, przy automatach do gry w kulki siedzi mnóstwo ludzi: starzy i młodzi, biznesmeni i emeryci, kobiety i mężczyźni, nawet dzieci. W powietrzu unosi się gęsty zapach dymu papierosowego a zewsząd roznosi się głuchy dźwięk muzyki i stukot przerzucanych  w automatach kulek. My jednak szukamy lokalnej restauracji. Wreszcie odnajdujemy kolejny lokal. Niestety jest pełno. Nie poddajemy się. Czekamy w kolejce. Przy okazji mamy wiele czasu żeby pooglądać sobie ludzi przemykających przez uliczkę gdzie stoimy. Najwięcej jest dziewcząt z wydumanymi fryzurami, najczęściej maszerującymi we dwójkę albo trójkę w towarzystwie koleżanek. Wszystkie obowiązkowo na wysokich obcasach, w dużo za dużych butach koślawiąc stopy ledwo co idą na koturnach i szpilkach. Do tego stroje: tu rozrzut ogromny, mimo przenikliwego zimna większość dziewcząt prawie nago, tzn. w krótkich spodenkach, albo krótkich spódniczkach, na to mini kurteczka i nic więcej, są i elegantki w długich wieczorowych sukniach. Nie brakuje też dziewczyn w falbankach, kokardkach, wstążkach, nie możemy się napatrzeć. Panowie też są bardzo ciekawi, niektórzy z nich sprawiają wrażenie jakby spacerowali na śpiąco, inni bardzo wystrojeni, w spodniach opuszczonych do kolan, z ćwiekami, cekinami, farbowanymi włosami. Cuda. Wreszcie zwalniają się miejsca, zajmujemy krzesła przy samym barze. Znowu przed nami płyta, ale teraz już wszystko wiemy. Tu zanim dostaniemy nasza okonomiyaki najpierw wstęp i smaczne kulki, których produkcję bacznie obserwowaliśmy czekając przed restauracją. Pizzę robi nam kucharz, ale gotową już kładzie  przed nami na płycie. To nie koniec pani kelnerka polewa je najpierw gęstym sosem, a potem bardzo profesjonalnie majonezem z butelki z dzióbkiem kreśli na obu pizzach paseczki najpierw pionowe potem poziome. I to wszystko posypuje ziółkami. Zajadamy się i smakuje nam równie dobrze, jak w poprzedniej restauracji, choć tak różnej od tego co tutaj. Na sam koniec zostajemy uraczeni jeszcze lodami w ciasteczku i decydujemy o odwrocie. Zrobiła się już 23.00. Najedzeni i pełni wrażeń wybieramy drogę na nos bez planu i też trafiamy do naszego hotelu.  

Spotykamy się na śniadaniu. Wyruszamy dziś poza Tokio. Nie liczymy na zbyt nagłe ocieplenie, gdyż pozostajemy nadal na północy kraju i do tego w górach. Zanim jednak wyruszymy walczymy trochę z recepcją by się wykwaterować. Potem jesteśmy gotowi do drogi. Mamy wielkie nadzieje na spotkanie z wulkanem wizytówką Japonii górą Fuji – san. Pogoda trudna do określenia, jest dość wcześnie, w Tokio słońce i całkiem dobra widoczność. W autobusie opowiadamy sobie o ciekawostkach związanych z Japonią. Zanim przedstawię kilka ciekawych informacji konsultuję je z Coco czy oby na pewno są prawdziwe. Coco potakuje śmiejąc się dowiedziawszy, że w Polsce to uczniowie zmieniają klasy a nie nauczyciele, albo że bałwana u nas lepi się z trzech kul a nie z dwóch jak tutaj. Nie możemy też rozwikłać dlaczego na zielone światło na przejściach wszyscy mówią niebieskie i mamy jeszcze kilka innych trudnych do wyjaśnienie kwestii. Ostatecznie wspólnie śmiejemy się z dziwacznych różnic. Potem wstęp o samej górze Fuji. Zaczynamy zbliżać się do miejsca skąd po raz pierwszy powinniśmy coś widzieć. Niestety prócz delikatnej linii odznaczającej się na mocno zachmurzonym niebie nie widać zbyt wiele. Liczymy na rozwianie chmur i dzielnie jedziemy dalej. Oglądamy poglądowy film na temat Fuji a potem z tarasu staramy się wypatrzeć samą górę, chmury rozstąpiły się na tyle, że widać kawał więcej ośnieżonego stożka. Do samego szczytu zostało nam jeszcze sporo. Wyjeżdżamy autobusem do najwyżej dostępnej dziś 4 stacji, jesteśmy na wysokości 2000 metrów, niestety tu tracimy nadzieję na widok szczytu w śniegu. Robimy kilka zdjęć doliny, Gosia i Andrzej kuszą się na pieczone na grillu kałamarnice i decydujemy się zjechać do pierwszej stacji wierząc, że do tego czasu pogoda się polepszy. Na próżno nasze nadzieje. Sytuacja jest taka sama. Dmuchamy by rozwiać chmury, znajdujemy nawet pomysły na modlitwy o dobra pogodę, jednak nic nie pomaga – sytuacja się nie zmienia. Ponieważ mamy jeszcze w programie przejazd do Hakone decydujemy się nie czekać na kapryśną górę i ruszamy z pomysłem na obejrzenie jej od drugiej strony. W drodze do Hakone czytamy sobie legendy i bajki. Potem zaczynamy nasz pobyt w maleńkiej górskiej miejscowości od pobytu w dolinie z bulgoczącymi źródełkami. Największą atrakcją stają się gotowane tutaj przez godzinę w małych basenach czarne jajka. Czujnie przyglądamy się pracy i przemysłowej prawie produkcji czarnych jaj. A że każde zjedzone jajo to wydłużenie sobie życia o 7 lat, ruszamy do sklepiku i kupujemy je prawie hurtem. To nie koniec atrakcji w Hakone. Po zejściu z gór na dole trochę słońca, ruszamy w mały rejs po jeziorze Ashi. Normalnie cieszylibyśmy się widokiem odbitej góry Fuji w jeziorze, dzisiaj jednak musimy nacieszyć się tylko widokami wokół brzegu jeziora. Na koniec kolejką zdobywamy górę naprzeciwko jeziora. Mniej więcej do ¾ wysokości mamy wspaniały widok na całą okolicę, jednak zabraknie nam łutu szczęścia by sam szczyt także zachwycił nas dobrą widocznością. Nasz wagonik tonie we mgle i bardzo gęstych chmurach, niczym w mleku zagłębiamy się w białą otchłań. Tylko najodważniejsi: Gosia, Ola, Zosia, Beniu, Zbyszek, Wacek i Andrzej decydują się wyjść na szczyt. Wieje, biel dookoła, nic nie widać. My za to czekamy na nich w kolejce. Przesiadamy się po zjechaniu nad brzeg jeziora do autobusu i ruszamy kawałek dalej na nocleg do ryokanu – tradycyjnego hotelu w stylu japońskim.

Główną atrakcją tego miejsca są pokoje w typowym stylu japońskim. My mamy do wyboru część pokoju pokrytą matami tatami, po których w żadnym wypadku nie można chodzić w butach, tylko na bosaka. W małej toalecie kapcie na zmianę, których używa się tylko i wyłącznie na wejście do toalety. Znowu mamy wielofunkcyjne sedesy z podgrzewaną deską. Za pomieszczeniem wysłanym matami i z niskim stolikiem oraz małymi krzesełkami przechodzi się do małego pomieszczenia gdzie stoją zwykłe łóżka. Pokoje są tu otwarte nikt ich nie zamyka. Pani z wózkiem zagląda do każdego z nas chcąc się upewnić, że yukaty – tradycyjne kimono noszone podczas pobytu w ryokanie (a przez Japończyków także w ich domach, tradycyjny strój zawodników sumo) pasują na nasze sylwetki. Niektórzy z nas dostaną ciut większe rozmiary, podobny manewr z kapciami, nie wszystkie stopy mieszczą się w standardowych normach japońskich. Umówiliśmy się, że na kolację stawimy się wszyscy w tradycyjnych yukatach. Póki co część z nas ubrana w yukaty umawia się na wyjątkową atrakcję tego miejsca czyli onsen. Gorące źródła czyli onseny to bardzo japoński zwyczaj na relaks i odpoczynek. Ubieramy yukaty i kapcie, bierzemy z pokoju maleńki ręczniczek i jeden ciut większy i spotykamy się na korytarzu. Mamy Coco, Olę, Gosię, Anię, Andrzeja i Wacka oraz mnie. Idziemy na dół, tu musimy podzielić się na dwie grupy. Panowie kąpią się osobno i my też. Coco sprowadza panów do ich zejścia, my kontynuujemy. Wchodzimy do onsenu. Podpatrujemy Coco co i jak po kolei należy robić. Najpierw zajmujemy sobie każda z nas miskę z numerem, w której zostawiamy nasze yukaty, ręczniki oraz ewentualnie bieliznę. Do onsenu wchodzi się całkiem nago. Kapcie zostawiłyśmy już przed wejściem na maty. Mały ręczniczek zabieramy ze sobą. Robimy dokładnie to co robi Coco, czyli przesłaniamy się małym ręczniczkiem. Możemy z koszyczków ustawionych przed wejściem wziąć gumki do włosów, by je związać i ewentualnie czepki na włosy. Wchodzimy do pomieszczenia z basenem. Zanim jednak udamy się do gorącego źródła zajmujemy miejsca na maleńkich stołeczkach pod kranem z wodą. Wzorem Coco najpierw namydlamy starannie ciało a potem małym ręczniczkiem omywamy się bardzo dokładnie. Dopiero teraz wymyte mamy prawo skorzystać z basenu. Zostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia co zrobić z ręczniczkiem, ale i to za chwilę stanie się jasne. Kładziemy go sobie na głowę i gotowe. Woda jest bardzo gorąca, ale po całym dniu zwiedzania i dość chłodnego wiatru robi nam to bardzo dobrze, znajdujemy także miejsce z bulgotami. Kiedy Coco widzi, że jest nam bardzo gorąco i jesteśmy już całe czerwone przenosimy się do basenu, który mieści się na zewnątrz. Tu jest bardzo przyjemnie, woda wprawdzie tak samo ciepła, ale powietrze dużo chłodniejsze. Jesteśmy samiuteńkie. Bardzo przyjemnie. Decydujemy o powrocie. Wiemy, że jutro też będzie okazja by skorzystać z onsenów. Po drodze do pokoi odkrywamy miejsce na masaże, są tylko dwa miejsca, Ola i Ania decydują się bardzo spontanicznie na masaż stóp. Podobno boski. Żyć nie umierać.

Przy kolacji spotykamy Andrzeja i Wacka i wymieniamy się spostrzeżeniami z onsenów. W obu przypadkach mamy podobne spostrzeżenia, wydaje się nam że zarówno u nas jak i w basenie dla panów nasza obecność zażenowała kapiących się tam przed nami Japończyków na tyle, że po naszym wejściu do wody, oni ustąpili nam miejsca i wyszli. Nie jesteśmy tego pewni w stu procentach, ale zarówno u nas dwie starsze Japonki mimo iż starałyśmy się zająć najbardziej odległy kąt basenu wyszły, tak samo u Panów Japończycy poszli sobie widząc gaijinów w wodzie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: