Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 27.02.-18.03.2009

Morela, park motyli

05-03-2009

Docieramy na miejsce, a że dziś niedziela i piękna pogoda spotykamy w bazylice i wokół niej setki rodzin meksykańskich z dziećmi, całymi autobusami, które pielgrzymują do najświętszego miejsca w Meksyku. My także robimy całą rundę. Na sam koniec odwiedzamy miejscowy sklepik z pamiątkami. Wraz z pierwszymi promieniami zachodzącego słońca wracamy do hotelu. I to jeszcze nie koniec przygód na dzisiaj. Najpierw szybka i wczesna kolacja. Oczywiście mimo wyznaczonej pory przez restaurację hotelową, jedzenie pojawia się spóźnione. Mamy duży ubaw odgadując potrawy na stole. Opowiadamy przy tym zasłyszane historie o kelnerach i ich złośliwościach. Na deser ma być ryz na mleku z cynamonem. Wizja takiego deseru skutecznie odstrasza Czesię i Wiesia, którzy idą się spakować na wyjazd do miasta. Zanim jednak otrzymamy nasz ryż, dowiadujemy się, że jednak ryżu nie ma i będą brzoskwinie…Meksyk!

W szóstkę: Maria, Czesia, Monika, Wiesiek, Mariusz i Estera ruszamy do Muzeum Antropologii na występy folklorystyczne Baletu Meksykańskiego, który od przeszło 60 lat cieszy się uznaniem znawców. Docieramy na miejsce naszym autobusem i jesteśmy na tyle wcześnie, by zająć dobre miejsca przy scenie. Występy są bardzo żywiołowe i kolorowe. Podziwiamy piękne stroje i urodę tancerzy. Oczywiście niektóre tańce są dla nas bardzo egzotyczne, jedne dość naiwne, inne dość infantylne. Za to kiedy na scenie pojawiają się mariachi milknie cała sala wsłuchana w wokalne i instrumentalne popisy panów.

Bardzo udane show. Czas na powrót. Zwolniliśmy z obowiązku podwiezienie nas do hotelu naszego kierowcę i chcemy złapać taksówkę. Tym bardziej zależy nam na taxi, że wtopione w krajobraz Meksyku żuczki VW mają na dobre zniknąć z miasta Meksyk w 2012 roku ze względu na wzrastające zanieczyszczenie powietrza i przestarzałe taksówki. Udaje się nam nasz plan połowicznie, Mamy dwie taksówki i tylko jednego żuczka. Jedziemy do hotelu. Wewnątrz małego autka wszystko tak jak opisują to przewodniki: brak siedzenia z przodu dla pasażera, za to dużo więcej miejsca z tyłu, u lusterka majtające się maskotki, sznureczki, pluszami, drzwi na sznurek. Ale mamy frajdę! W trakcie przejazdu wpadamy na pomysł, by kontynuować i zamiast iść spać zaangażować naszych taksówkarzy by nas podwieźli do Domu Kafelków na dobrego drinka. I tak też robimy. Dziwi się nam niezmiernie nasz kierowca, kiedy najpierw podjeżdżamy pod hotel ale ani nam w głowie opuszczać taksówkę. Krótka narada z kolegami z drugiego autka i jedziemy. Zamawiamy typowo meksykańskie drinki: margeritę –pyszna, cucarachę –  płonący lokalny trunek i piwo. Na stole prażona wieprzowa skórka. Monia zamawia guacamole –sos z awokado. Ten jest zupełnie inny niż nasza przekąska z obiadu. Jest przygotowany z dodatkiem pomidorów i dużej ilości czosnku oraz chilli. Jest bardzo ostry. Chociaż i tak nie pobił sosu, który podano nam jako dodatek do chleba w porze obiadowej. Każdy z  ciekawości go próbował i każdy po pierwszym kęsie miał łzy w oczach i ogromne pragnienie. Rozbawieni wracamy do hotelu pieszo. I znowu spadek temperatury, po upalnym dniu już ani śladu. Wieje dość chłodny i przenikliwy wiatr. Dobranoc!

A dzisiaj opuszczamy  stolicę. Przed nami długa droga na północ kraju do Morelii. Najpierw opowiadamy o Meksyku, potem słuchamy meksykańskich rytmów. W połowie fundujemy sobie przystanek w przydrożnej bardzo porządnej kawiarni i delektujemy się pyszną kawą i czymś słodkim. Oczywiście mimo, że kawa włoska nie możemy zapomnieć, że jesteśmy w Meksyku. Krzyś, który zamówił dla Uli i siebie dwie kawy czeka na nie bardzo długo, wydano już wszystkie pozostałe zamówienia, a Jego kawa nadal w przygotowaniu…Cóż manana…

Do Morelii docieramy około czternastej. Od razu zajmujemy pokoje w hotelu. Dzisiaj gościmy się w bardzo stylowych wnętrzach przerobionej rezydencji Hiszpanów. Każdy pokój jest inny, zdobią go oryginalne zachowane grube mury, wielkie łóżka, mnóstwo poduch. Bardzo się nam tu podoba. Do tego bardzo stylowe patio z mnóstwem zieleni. Chwila przerwy i popołudniem wybieramy się na zwiedzanie miasta. Morelia została wpisana przez Unesco na listę dziedzictwa i podczas przejazdu przez miasto zabytkowym tramwajem przekonamy się o zasłużonym tytule, jaki zdobyło to miasto. Wesoły, drewniany tramwaj obwozi nas po całym mieście pokazując wszystkie najważniejsze zabytki. Na sam koniec wysiadamy przy Kościele Matki Boskiej z Guadelupe. Takiego kolorowego kościoła jeszcze na naszej trasie nie było. A potem wracamy do centrum i przed targiem słodkości kończymy nasze wspólne zwiedzanie. Wybieramy jeden ze straganów, by zapoznać się z największymi przysmakami. Dużym powodzeniem cieszą się ciasteczka kokosowe zamknięte w łupinkach limonki, Czesia próbuje karmelizowanych fig. Ela , Maria i Krzysiek kupują lizaki o smaku tamaryndowca z chilli. Nie dotrwają do końca by ich nie spróbować, po ulepkowatych słodyczach wcześniej, lizaki wydają się być bardzo smaczne i egzotyczne w smaku. Nas intrygują wielgachne lizaki w kształcie serca. Osłodzeni wybieramy się jeszcze na krótki spacer do miasta. Przysiadamy nad piwem i dobrymi sokami naprzeciwko katedry. Piękne widoki. Bardzo się nam to miasto podoba. W eleganckich wnętrzach naszego hotelu kolacja. Integrujemy się nieustannie. Dzisiejszym tematem przewodnim wieczoru stały się śmieszne i zabawne nazwiska. Mnożymy przykłady nam znane i zaśmiewamy się z komicznych sytuacji. Rozsądek wygania nas jednak do łóżek, jutro rano musimy wcześniej wstać niż zwykle, bo wybieramy się na motyle.
Zanim rozdzwoniły się telefony w naszych pokojach, każdy z nas został obudzony z pewnością przez bardzo dźwięczne dzwony pobliskich kościołów. Nie udało się nam jedynie ustalić jaka zasada decydowała o liczbie uderzeń i o jakich porach dzwony biły…Na śniadanie schodzimy już gotowi do drogi. Najpierw jednak wymieniamy wrażenia z dzwonów i pomysłów na przyporządkowanie liczby uderzeń do poszczególnych godzin. Potem zajadamy się wiejskimi jajami po meksykańsku i ruszamy. Do motyli mamy 240 kilometrów, ale droga staje się coraz bardziej kręta. Większość z nas znosi dzielnie kolejne zakręty i wygibasy na trasie. Zielenieje tylko Monia. Robimy przerwę, potem przesadzamy Ją do przodu, ale jazda górskimi krętymi drogami na pewno nie jest frajdą dla Moniki.

Kiedy dotrzemy na miejsce, okazuje się, że droga dojazdowa dla naszego autobusu jest zablokowana i musimy zawrócić by przesiąść się do małego pick-upa. Jest nas tylko 10 więc mieścimy się bez żadnego problemu na dwóch ławeczkach na pace. I ruszamy. Najpierw droga asfaltowa, ta jednak szybko się kończy i wjeżdżamy na trasę z piasku i kamieni. Siedzimy tak ciasno, że nie sposób nawet śledzić drogi, bo trudno się wychylać lub oglądać za siebie. Pogoda piękna. Idealnie błękitne niebo, słońce w pełni. Ku naszemu zachwytowi pojawiają się pierwsze motyle. Jesteśmy jeszcze daleko od wejścia od parku a tu chmary owadów latają wokół nas. Żałujemy, że nie możemy ich fotografować, ale droga jest na tyle wyboista, że nie w głowie nam odrywanie rąk od barierek.

Mamy dodatkowego pasażera i to nie byle jakiego, bo podróżuje z nami sam Jesus. Poważny uczeń ma aż 10 lat, a ponieważ jego pani nauczycielka wyjechała dziś do miasta, lekcje zostały odwołane. Jesus najpierw nieśmiało z nami rozmawia, przyglądając się nam z ciekawością, ale kiedy zostaje obdarowany pierwszymi upominkami i słodyczami, jego strach i niepewność przeradzają się w uśmiech i już jesteśmy w głębokiej przyjaźni. Za chwilę Jesus będzie miał kompana i obaj wisząc na zderzaku naszego autka zaczną śpiewać nam piosenki. I dla kolegi wygrzebujemy zapasy słodyczy , maskotek, kredek. Nagle przed nami niesamowity widok. Na drodze kilka wąskich strużek wody a nad nimi chmary latających motyli. Nie możemy się napatrzeć, Kierowca jakby odgadł nasze myśli i zatrzymuje się oferując sesję zdjęciowa. Korzystamy wszyscy. Wydaje się nam, że już nic piękniejszego nie może się nam przydarzyć. A tu podchodzimy bliżej i nagle wzdłuż wąskich strużek wody jeszcze więcej motyli, które ze złożonymi skrzydłami siedzą obok siebie tworząc niepowtarzalny widok. Oczywiście fotografujemy je od góry, od dołu, z boku, my z motylami, za motylami, przed motylami, naprawdę mamy mnóstwo frajdy.

Kusi nas kierowca mówiąc, że na górze jest jeszcze więcej motyli. Krzysiek sprawdza wysokość zaczynaliśmy naszą wspinaczkę od 2450 metrów, teraz mamy już prawie 3000. I droga wiedzie nadal w górę. Jeszcze tylko kilka zakrętasów, kilka hopek, dziur i nierówności i dojeżdżamy na miejsce. Teraz tylko szybka toaleta, poznajemy naszego przewodnika i ruszamy do lasu jodłowego, gdzie podobno na szczycie jest mnóstwo motyli. Idzie nam sprawnie, choć mamy dłuższe i krótsze przerwy. Im my dalej i wyżej, tym więcej motyli tańczy w powietrzu. Całe niebo upstrzone jest monarchami. Dostrzegamy ich mnóstwo siedzących na gałęziach. Obsiadają także pnie drzew. Cudo. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. W krzakach obok nas rozstawiony bardzo profesjonalny sprzęt –kręcą film przyrodniczy o monarchach. Dzień jest idealny. Maszerując mamy wrażenie, że motyle oblatują nas ze wszystkich stron. Przez drzewa prześwitują kolorowe koszulki naszych kolegów, którzy wysforowali się do przodu. Zatrzymali się przy pięknej polanie, która zatopiona jest w motylach. Są wszędzie. Całe ich mnóstwo unosi się z ogromną gracją i wdziękiem w powietrzu. Inne siedzą na ziemi. Jeszcze inne na trawie. Pary przytulających się motyli posłużą zresztą jako jeden z głównych motywów naszych zdjęć oraz filmów. Hitem dnia okaże się jedna z kochających się motylich par, która jako miejsce swych miłosnych harców wybrała szyję Mariusza, a potem przesuwała się do ucha aż wreszcie skończyła na policzku. Mamy dowody. Bogdan pomógł Mariuszowi uwolnić się od amorów i zdmuchnął parę z policzka. Oczywiście trafiamy trochę głębiej za naszym przewodnikiem. Nie możemy opanować ochów i achów. Istne szaleństwo. Biegamy za motylami jak szaleni. Sami już nie wiemy co jeszcze sfotografować. Pięknie, jest pięknie. A jak tylko powieje trochę wiatru to kolejne chmary motyli podrywają się do lotu tworząc bardzo barwen widowisko i jednocześnie zwalniając gałęzie, które odkształcają się od ich ciężaru. A z naszych ust kolejny okrzyk pełen zachwytu i radości. I tak moglibyśmy jeszcze w nieskończoność. Najchętniej to zrobilibyśmy tutaj piknik. To świetny pomysł Uli. Brakuje nam tylko koszy z prowiantem. Znowu męczymy Krzysia pytaniami o wysokość. Jesteśmy na 3247 metrach. To najwyższy punkt na naszej trasie.

Czas jednak nieubłagalnie mija i musimy podjąć decyzję o powrocie. Droga w dół mija nam bardzo szybko. Oczywiście mimo setek zdjęć cały czas trzymamy nasze aparaty w pogotowiu, bo wydaje się nam, że jeszcze pewne ujęcia można udoskonalić. I po drodze rzeczywiście jeszcze mamy kilka motywów do fotografowania, nawet z małymi owieczkami.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: