Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Japonia 26.03-10.04.2009

Hiroshima, Himeji, Koya

06-04-2009

Dzisiaj poznajemy nasza nowa przewodniczkę, która ma nam towarzyszyć do końca pobytu w Japonii. Niestety już na pierwszy rzut oka wiemy, że na drugą Coco się nie zapowiada, ale dajemy się wykazać Tamami. Już samo imię sprawia nam sporo kłopotów, bo tatami to maty ze słomy, którymi wyłożone są wnętrza japońskich domów, i chcąc nie chcąc imię naszej nowej pani często samoistnie przemienia się z tamami na tatami. A czasem to już sami nie wiemy co jest poprawnie a co błędnie. Wyruszamy w miasto. Dawno nie jeździliśmy metrem i pociągiem. I dlatego dzisiaj najpierw metro na naszą ulubioną stację Osaka Shin a potem shinkansenem do Hiroshimy. Niestety prognozy pogody nie pozostawiają żadnych złudzeń w Hiroshimie dzisiaj pada. Do końca nie chce się nam wierzyć w te pesymistyczne prognozy, bo w Osace zapowiada się nawet na całkiem pogodny dzień. Jednak już po kilkunastu minutach w shinkansenie musimy ze smutkiem przyznać, że prognoza dzisiaj się sprawdza. Pada. Cały czas jednak staramy się znaleźć jakieś wymówki, że to może przejściowy deszcz, albo że w samej Hiroszimie padać nie będzie. Po wyjściu z pociągu pada. My jednak nie kończymy jeszcze naszej podróży i przesiadamy się na pociąg miejski. A z niego już w deszczu idziemy na prom, który zabiera nas do świątyni Itsukushima. Zaraz po zejściu z trapu witają nas zmoknięte sarenki i cały tłum kolorowych parasolek. Niestety wszelkie plakaty i pocztówki obiecujące piękne widoki dzisiaj nie mają okazji się sprawdzić. Mamy parasole, kurtki przeciwdeszczowe i dzielnie, nie bacząc na siąpiący deszcz ruszamy do świątyni. Ta budowla jest o tyle ciekawa, że tori największa jaka jest w Japonii stoi wprost w wodzie. Jak tylko wchodzimy pod daszek od razu nam cieplej. Robimy zdjęcia mimo mgły i słabego widoku. Niespodziewanie odkrywamy na sesji zdjęciowej parę młodą. Dołączamy do orszaku gości weselnych bijąc brawo i robiąc zdjęcia. Przypatrujemy się jak ze stoickim spokojem młodzi znoszą zalecenia pani kosmetyczki i pana fotografa, którzy niezmordowanie mimo coraz większego tłumu i stale padającego deszczu na rozwiniętym czerwonym dywanie ustawiają parę do zdjęć. My dzielimy czas na zdjęcia młodych i świątyni. Maszerujemy dalej. Około południa czas na lunch. Z Hiroshimy wywodzi się okonomiyaki – typowe japońskie danie uwielbiane przez studentów, ale nie tylko. Zasiadamy w najzwyklejszej restauracji przy długim stole, a na wielkiej płycie dwóch kucharzy rozpoczyna wielkie gotowanie. Okonomiyaki bywa też nazywane japońską pizzą, nam bardziej kojarzy się z omletem. Zamawiamy trzy różne opcje: z mięsem, z owocami morza i mieszaną. Do tego kucharz dodaje makaron, kapustę poszatkowaną na tarce i przyprawy. Wszystko polane jest słodko-sojowym sosem. Dostajemy wielgachne porcje. Nas prócz okonomiyaki kuszą ostrygi, tym bardziej że to kolejna specjalność kulinarna tego regionu. Niestety jesteśmy zaledwie 5 dni za późno by kosztować ostryg na surowo, i zamawiamy opcję jedyną dostępną czyli ostrygi grillowane. Takich jeszcze nie jedliśmy, jest nas spora gromadka, która próbuje nowości. Nawet Renia kusi się na ostrygę. Nieugięty zostaje Zbyszek.

Po lunchu ruszamy w dalszą drogę. Teraz tramwajem przejedziemy do Parku Pokoju – miejsca upamiętniającego wydarzenia wybuchu bomby atomowej nad miastem w 1945 roku. Miejsce smutne, pogoda pasująca do zwiedzanego obiektu. Po kolei przechodzimy nad rzeką oglądając smutne miejsca, dzwonimy uderzając w wielki dzwon i prosząc o pokój na świecie, na koniec muzeum. A na zupełnie sam koniec herbata albo kawa. I czas na powrót do Osaki. I znowu shinkansen. Po powrocie część z nas rusza do miasta: sushi, kolacja w restauracji włoskiej, kraby. Potem wymieniamy się wrażeniami. Najwięcej emocji dostarczył krab, który podany w wymyślnych naczynkach i serwowany na różne sposoby był po prosty pyszny.

Opuszczamy Osakę. Pierwszym punktem programu będzie Himeji. Znowu udajemy się na stację metra, a potem shinkansenem przejeżdżamy do Himeji, zaledwie 40 minut od Osaki. Nasze bagaże po raz kolejny nadaliśmy całkiem osobno bezpośrednio do Kyoto. W Himeji niewyobrażalne ilości ludzi. Jest piękna pogoda, mimo przedpołudniowej pory słońce praży i to mocno. Wiśnie jakby wiedziały, że dzisiaj mają rozkwitnąć w pełni. Jest tak pięknie, że aż dech zapiera. Nie do wiary, że wczoraj było zimno i mokro, dzisiaj pogoda jest boska. Ciężko nam zwiedzać wspólnie, bo wokół aż roi się od motywów do fotografowania i filmowania. Staramy się trzymać grupy, ale zawsze ktoś zostaje w tyle. Powoli ślimaczym tempem przesuwamy się do wejścia na teren Zamku Białej Czapli. Ludzi tylu  jeszcze nigdzie nie było. Nie poddajemy się nawet wtedy, kiedy okazuje się, że na wejście do samego zamku trzeba czekać w długaśnej kolejce. Idzie ona bardzo powoli. I jak na złość przed naszym nosem, pan policjant zatrzymuje nas oczekujących i mówi, że chwilowo dalej nie można bo zbyt wiele osób jest wewnątrz zamku i trzeba swoje odczekać. Nasza przewodniczka od razu wdaje się z panem władzą w rozmowę, bynajmniej nie o nas. Mamy wrażenie, że wspólnie gawędzą o wszystkim wokół – taka typowa rozmowa o niczym. Korzystamy z chwili nieuwagi pana policjanta i decydujemy się szturmem „na gaijina” zdobyć zamek. I okazuje się, że pan policjant jest tak zaskoczony faktem zlekceważenia jego zakazu, że zamiast awantury lub pokrzykiwania uśmiecha się do nas szeroko i pokiwuje głową. Nie analizujemy zachowania i byle szybciej znikamy wewnątrz zamku, a tu kolejka wcale nie mniejsza, ale tablice na każdym kolejnym piętrze dodają nam otuchy, że zdobędziemy całą wieżę. 

I mimo wielu przeciwności losu, bo najpierw policjant, a potem nasza Tamami, która chciała na każdym kroku nas zniechęcić, zdobyliśmy najwyższe piętro w zamku i mieliśmy wspaniały widok na cały kwitnący sad wiśniowy i Japończyków, dla których kwitnienie wiśni zamienia się w wielki festiwal. Na placu pod wiśniami rozłożyło się w oka mgnieniu wiele kocy i cerat a  na nich całe biesiadujące rodziny. Z góry unikatowy widok. Nie mogliśmy się oprzeć robieniu tysięcy zdjęć. Tym bardziej, że co jakiś czas przebiegał wśród tłumu przebrany w stroje sprzed lat samuraj, ninja albo nawet szogun. Na zatłoczonym placu przed wejściem do zamku znaleźliśmy na szybko coś do jedzenia w porze lunchu. Niektórzy z nas skorzystali z gorącego makaronu, inni wynaleźli małe stoisko sprzedające bento – czyli lunch na wynos w stylu japońskim. Do tego coś do picia i zaczęliśmy biesiadę w autobusie. Poprawiliśmy przystankiem na jednym z zajazdów przy autostradzie i teraz możemy jechać nie tylko przewidywane 4 godziny ale nawet więcej. Sama autostrada niczym specjalnym nas nie fascynuje, ciekawiej robi się kiedy zjeżdżamy na boczne tory i ciągniemy się w długim korku do świętej góry Koyasan. Trasa jest bardzo urokliwa, bo pogoda dzisiaj bardzo wiosenna, a nawet z zapędami na letnią. Japończycy uwielbiają swoją świętą górę, tym bardziej teraz kiedy wszędzie kwitną wiśnie. Po raz kolejny dla nas wielka zmiana, z zatłoczonej Osaki jesteśmy na wsi. Po jednej i drugiej stronie ciągnie się sznur samochodów i to bez końca. A my musimy skorzystać z toalety. Może nie wszyscy, ale duża grupa płci męskiej dopomina się o przystanek. I to coraz pilniejsza sprawa. A tu jak na złość tylko prosta droga przed nami, samochodów bez liku i żadnych nawet najmniejszych szans na toaletę. Ale przecież zawsze można liczyć na miejscowego przewodnika, po tym jak bez entuzjazmu przyjmujemy propozycję wyjścia i załatwienia swoich potrzeb tuż przy murku na ulicy na oczach wszystkich, Tamami dzielnie gotowa jest zabrać wszystkich w potrzebie i iść z nimi do oddalonej o jakieś 500 metrów restauracji. Wyjmuje już nawet pompon do prowadzenia grupy, ale i ten pomysł nie znajduje poklasku. Wreszcie zupełnie jak spod ziemi wyrasta przed nami szyld oznajmiający toaletę dla niepełnosprawnych po prawej stronie drogi. Akcja natychmiastowa, autobus jedzie, a nasza grupa prawie w biegu wyskakuje do toalety. Oczywiście ani na sekundę nie zostajemy pozostawieni bez opieki, i tym razem Tamami biegnie do toalety. My jednak jedziemy dalej nie sposób się tu zatrzymać. Panowie i Ola starają się skorzystać z toalety jak najszybciej się da, ale i tak po wyjściu muszą nadgonić kawał żeby złapać autobus który przez kilka minut podjechał spory kawał do przodu. Poza tym Ola zamiast guzika do wody nacisnęła guzik wzywający pomocy dla niepełnosprawnych i teraz toaleta mruga i piszczy. Siedzący w autobusie mają niesamowity widok na naszych Kolegów i dwie Panie, które bardzo wprawnie biegną za nami. Długo będziemy wspominać tę toaletę. Żartów  nie ma, kierowca jedzie coraz szybciej bo chcemy zdążyć na popołudniowe medytacje, które zaczynają się o 17.30. Zerkamy na zegarek, a tu już prawie 17.00. Może lepiej, że ani przewodnik ani kierowca nie potrafią nam jednoznacznie odpowiedzieć czy jeszcze daleko i ile kilometrów, zresztą to i tak na nic, bo droga z całkiem gładkiej staje się coraz bardziej kręta i mimo małej odległości przejazd zajmuje nam trochę czasu. Tym razem cierpi Zosia, która źle znosi jazdę po zakrętach.

Podjeżdżamy pod świątynię w Koya dokładnie na 10 minut przed medytacjami. Już przy pierwszym przejściu zdejmujemy buty i ustawiamy je na półeczce a dostajemy kapcie. Zabieramy tylko nasze małe bagaże i idziemy do pokoi. Przed nami wielka sala, którą dzieli się drzwiami przesuwanymi na pomniejsze pomieszczenia i tak szybko budujemy sobie pokoiki zgodnie z naszym roomingiem. Mamy dwójki i jedynki a chwilowo żyjemy bardzo towarzysko i nie przeciągamy wszystkich drzwi. Nasze pokoje to na środku niski stolik, który ma podgrzewany blat, tak, że schowane pod stołem nogi są stale podgrzewane. Mamy też futony – dzisiaj bez wyjątku wszyscy śpimy na podłodze, nie ma tu innych łóżek. Są dodatkowe koce, a że jesteśmy w górach i z każdą minutą robi się coraz zimniej są też piecyki. Musimy koniecznie nagrzać sobie pokoje, bo nie zapowiada się ciepła noc. Zostawiamy tylko rzeczy i wszyscy zgodnie stawiamy się na medytacji. Mają trwać około pół godziny, mnich przeciągnie je jednak aż do 40 minut. Po krótkim wstępie w jęz. angielskim następują modły, a potem absolutna cisza. Tylko na chwilę absolutna, bo potem przerywamy ją co jakiś czas szeleszczeniem naszych kurtek, kiedy zmieniamy bardzo niewygodną pozycję na klęczkach. Potem ktoś kicha, inny szepce do ucha koledze. Wcale nie jest to takie proste milczeć i siedzieć w bezruchu tak długo. Z podziwem patrzymy na mnicha, który ani drgnie przez cały ten czas. Wreszcie modły dobiegają końca i czas na kolację, jemy w specjalnej sali tylko dla nas. Na podłodze oczywiście rozłożone niskie stoliki zastawione suto maleńkimi talerzykami i miseczkami. Mnisi nie jedzą żadnego mięsa, więc jedynymi potrawami są warzywa. Mamy zupę miso, ser tofu, warzywa marynowane, owoce, nawet słodką galaretkę z jabłkami. Wszystko zostaje udokumentowane naszymi aparatami oraz na kamerze Zbyszka. Największym wzięciem cieszy się ryż oraz zielona herbata, ale nie jest już tak bardzo źle. Wielu z nas nie polubiło smakołyków japońskich na tyle, by się nimi zajadać, ale przynajmniej próbujemy nowości. Na zewnątrz już bardzo zimno, dlatego rozchodzimy się do pokoi. A tu włączone piecyki zrobiły swoje, jest ciepło i przytulnie. Pogaduszki w pokojach. Ola, Wacek i ja szykujemy się by skorzystać z łaźni a’la onsen. Ale kiedy je oglądamy nie ma w naszej nikogo, natomiast jak zejdziemy gotowe do kąpieli już po kapciach stojących przed drzwiami zanosi się na tłum i ostatecznie rezygnujemy. Dobranoc.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: