Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Napa Valley, San Francisco

15-08-2009

Czas ruszać, opowieści o San Francisco i moje zamiłowanie do dużych miast nie pozwalają nam zbyt długo zwlekać z terminem wyjazdu. Mamy jeszcze jednak w planach zgodnie z sugestią i jak się okazuje nieocenioną dobrą radą Marzeny odwiedzimy Napa Valley. To najbardziej znany region winny w Kalifornii. I znowu dopóty droga wiedzie przez autostrady czas mija nader szybko, ale niestety na trasie pojawiają się góry. Na tyle droga staje się kręta , że musimy się zamienić miejscami, jakoś zdecydowanie raźniej mi być kierowcą na takiej trasie niż tylko pasażerem. Robimy fantastyczną przerwę na zamianę miejsc na polanie usłanej wprost przepysznymi słodziutkimi jeżynami. Wygląda na to, że nikt ich tutaj nie je wprost z krzaka. Mało tego, mijające nas samochody nie kryją zdumionych min kierowców i ich pasażerów widząc parę Polaków po pas w krzakach czarnych, dojrzałych jeżyn. Pychota. Sama droga dojazdowa do miejscowości Napa może na pewno zniechęcić. I gdyby nie moja nieustająca wiara w opinie Marzen o wyjątkowości tego miejsca, Maciej kilkukrotnie powątpiewając poddawał pomysł odwrotu i skrótów wprost do San Francisco. Jednak po tym jak wczoraj przeciągnął nas do Lassen Volcanic, dzisiejszy dzień zarezerwowany jest na moje osobiste fanaberie. Jestem chyba uratowana wraz z pierwszymi pojawiającymi się na trasie winnicami. Nadal nie zapowiadają czegoś szczególnego, ale przynajmniej potwierdzają obecność tutaj winnic. Wreszcie ostatnie mile i docieramy do Napa. Parkujemy w samym centrum miasta i idziemy na długi spacer. Przez przypadek trafiamy w sam środek festynu ulicznego ze starymi samochodami. Wielką przyjemność sprawia nam paradowanie główną ulicą miasteczka i podziwianie oldmobili liczących sobie często grubo ponad 80 lat. Wspaniałe okazy. Przysiadamy na dobrym i mało amerykańskim lunchu. Jak wakacje to wakacje. W centrum informacji turystycznej dopytujemy o winnice polecane przez Marzenę. Ja jednak wcześniej na półkach tutejszych sklepów wypatrzyłam wino z winnicy Hess. Co za miła zbieżność naszego nazwiska. Pan z informacji potakuje przyznając o walorach smakowych owej winnicy i daje nam dokładne wytyczne co do drogi dojazdowej do winnicy. Dobrze się składa, winnica jest w Napa. Maciej się ożywia i po kilkunastu zakrętach i przejazdach wjeżdżamy na bardzo okazały dziedziniec winnicy Hess Collection. Pamiątkowe zdjęcia tuż przy wejściu, potem przy flagach i chorągwiach. Trafiamy na degustację. W sumie mamy okazje skosztować aż 10 firmowych smaków. Oczywiście zaznaczamy naszych faworytów i zatrzymujemy się po degustacji w lokalnym sklepiku. Prócz kilku butelek wina dla nas i Przyjaciół nabywamy także szkło rodowe, piękne kieliszki z logo winnicy. Będzie to zresztą najbaczniej strzeżony upominek, który wróci z nami do Polski. Będąc przy kasie zupełnie nie wiadomo dlaczego wypatruję książkę opisującą dzieła Magdaleny Abakanowicz. Poznanianka właśnie tutaj? Co za zbieg okoliczności. Pani z kasy informuje nas o galerii sztuki, którą wspiera winnica i serdecznie zaprasza do podziwiania zgromadzonych dzieł na trzech piętrach należących do winnicy. Nie kryje przy tym zdziwienia zbieżnością naszego nazwiska z nazwą winnicy i teraz jeszcze znajomością prac Pani Abakanowicz. Cuda!
Rozochoceni taka serdecznością zakochujemy się w Kalifornii. Teraz już tylko 40 mil dzieli nas od San Francisco. Zdążymy na pewno przed zmierzchem. Wjeżdżamy do miasta w małym korku. Jest sobotnie popołudnie, piękne słońce i stąd spory ruch na 10 pasmowej autostradzie. Intuicyjnie Maciej wybiera zjazd do miasta. Teraz musimy znaleźć miejsce noclegowe. Nie ma jak dobry przewodnik w jęz. niemieckim, który dostarcza nam samych pomocnych informacji. Także tym razem przeprowadza nas sprawnie przez same centrum miasta. Już teraz kilkukrotnie pokonujemy znane ze wszystkich filmów kręconych w San Francisco strome podjazdy i zjazdy z wąskich uliczek. Mijamy ścisłe centrum, potem China Town, wreszcie docieramy w okolice portu. Tu odnajdujemy rekomendowaną ulicę i napotykamy spory wybór moteli i hoteli. Trochę targujemy się o warunki cenowe o dwie najbliższe noce, w ten sposób obracam w nicość nasze plany tylko jednego noclegu w mieście, ale udaje mi się korzystając z zachwytu Maćka winnicą przeforsować dłuższy pobyt w mieście. Kiedy już znajdujemy miejsca noclegowe postanawiamy chwilę odsapnąć i wybieramy się na pieszy spacer po okolicy. Okazuje się, że jesteśmy bardzo blisko portu i przystanku początkowego tramwaju. Na dobry początek gorąca czekolada. Jakże nam miło, kiedy obsługa zaprasza nas na czekoladę, gdyż jesteśmy ich ostatnimi klientami. I jak tu nie lubić San Francisco? Chłodno. Dodatkowo od zatoki wieje dość chłodna bryza. Dobrze, że mamy bluzy. Spacerujemy wzdłuż najpopularniejszego deptaku obsadzonego z prawej i lewej strony mnóstwem różnych kolorowych sklepików i restauracji. Odnajdujemy także stoiska specjalizujące się w serwowaniu świeżych owoców morza i ryb. Kosztujemy tutejszej specjalności zupy chowder z mięsem z małż. Ja kuszę się na kanapkę z krewetkami i cytryną. Oba smakołyki bardzo nam smakują. Docieramy na słynny Pier 39, z daleka słychać beczenie foczek. Przyglądamy się im wylegującym na specjalnych drewnianych platformach. Nie tylko my jesteśmy gapiami, sporo tu turystów. Około północy docieramy na nocleg. Miasto prezentuje się fenomenalnie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: