Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Park Narodowy Bryce i Capitol Reef

06-08-2009

Zanim spojrzę na zegarek słyszę pojedyncze grzmoty i przez ściany namiotu raz po raz widać błyski piorunów. Idzie burza. Nie ma co czekać. Budzimy się natychmiast i szybko składamy namiot. Dochodzi 4 rano. Pierwsze wielkie krople deszczu łapią nas przy pakowaniu namiotu i śpiworów do bagażnika. Zdążyliśmy. Dosypiamy w samochodzie przy wtórze pięknej letniej burzy. Zamysł był, by wybrać się na punkt widokowy na wschód słońca. Jedziemy realizując nasze zamierzenia. Tyle, że zamiast wschodu nad Kanionem Bryce znowu zaczyna padać. I teraz nie poddajemy się. Odsuwamy plany oglądania kanionu i jeszcze podsypiamy w samochodzie. Około 8 pogoda nagle zmienia się nie do poznania. Słońce bez ani jednej chmurki i piękny błękit. Oczywiście jesteśmy jednymi z pierwszych na punkcie widokowym. Schodzimy jedną z tras do kanionu. Znowu akcja fotograficzna. Jest co uwieczniać. Maciej znowu biega, a ja mam czas by wybrać się na jeden z dłuższych szlaków pieszych. Podzielam opinię wielu osób, które widziały wszystkie parki i kaniony w USA, że Bryce zasługuje na bardzo wysoką lokatę. Zupełnie inne skały i do tego ich kolor są tutaj trwałym elementem krajobrazu będącym dla wielu wspaniałym tematem do zdjęć. Atrakcją tego kanionu są przejażdżki konno po specjalnych trasach. I wtedy z grzbietu konia można podziwiać Bryce. Super propozycja. Szkoda po raz kolejny opuszczać kanion. Na szczęście Maciej przetawia trasę na mapie i jedziemy przez cały park zatrzymując się na wszystkich punktach widokowych by dotrzeć do złego wyjazdu z Parku. Nic nie szkodzi, że musimy cofnąć się do punktu wyjścia, odkryliśmy mnóstwo ciekawych miejsc. Teraz na dobre żegnamy się z parkiem. Nasza trasa prowadzi nas na północ . Przed nami kolejny park tym razem Capitol Reef. Już z drogi przed właściwym wjazdem widać niesamowite skały, które tu układając się na wzór różnych wyobrażeń zwierząt lub budowli mają swoje nazwy. Znowu mamy ciepłe popołudniowe słońce i wspaniałe okazje do zdjęć. Wjeżdżamy do parku i wybieramy trasę widokową. Ciekawostką jest sad, do którego może wejść każdy. Przy wejściu stoi waga, tyczki do zbierania owoców, drabina i puszka na pieniążki. Cennik jest dość prosty, dowolne owoce za każdy kilogram kosztują tyle samo – 1 USD. Także my kusimy się na owoce. Jesteśmy jednak zbyt późno dla wielu owoców i zbyt wcześnie dla innych. I choć na drzewach sporo śliwek, brzoskwiń i jabłek nie znajdujemy żadnych dojrzałych. Na pocieszenie zostają nam kiwi i nektarynki kupione rano w sklepie. Też soczyste i słodkie. Dzień chyli się ku zachodowi. Musimy przejechać w okolicę kolejnych parków. Udajemy się do Moab. Tu mamy więcej szczęścia z motelem, tuż przed wjazdem do miasta znajdujemy wolne miejsca, po zakwaterowaniu w motelu wyruszamy do miasta na kolację. Moab okazuje się bardzo turystycznym przyjaznym miasteczkiem z wieloma kawiarniami, restauracyjkami, sklepikami. Mamy ochotę na coś dobrego, niestety polecana restauracja leżąca na klifie z widokiem na oświetlone już teraz miasto jest pełniusieńka, a przed wejściem sznureczek oczekujących. Ponieważ jesteśmy zbyt głodni by czekać nawet kwadrans zjeżdżamy do miasta i rozsiadamy się przy piecu opalanym drewnem i zamawiamy wielkie pizze. Wybór bardzo trafny, bo jedzenie szybkie i smaczne. Czas na odpoczynek.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: