Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 11-27.10.2009

Rejs katamaranem w poszukiwaniu wielorybów, Stellenbosch

24-10-2009

Jeszcze przed śniadaniem podglądamy wieloryby z naszych okien, kilka z nich przepływa akurat przez zatokę przed nami. Na śniadaniu omawiamy dalsze plany. Wszyscy prócz Ani, która nie lubi pływania i kołysania decydujemy się na rejs katamaranem w ocean w poszukiwaniu wielorybów. Przedtem jednak idziemy na spacer. Niestety zbyt wielu wielorybów z brzegu nie widać. Marysia za to odkrywa foki. A te jakby wiedziały że są obserwowane popisują się w wodzie. Ruszamy do portu. Tu przed wejściem na katamaran leży makieta przeciętnej wielkości wieloryba. Wygląda imponująco. Poznajemy kilka ciekawostek z życia wielorybów i wsiadamy na pokład. I znowu zaskakuje nas pogoda i znowu pozytywnie. Punkt 9.00 my wypływamy z portu i pojawia się słońce, które natychmiast wybarwia wodę na piękny głęboko granatowy kolor. Zanim pojawia się pierwsze wieloryby musimy kawałek podpłynąć. Nie ma wielkiej fali i wiatru ale katamaran też kołysze. Dobrze, że Ani nie ma z nami. Długo szukamy pierwszych kolosów. Wreszcie nasz pan przewodnik z górnego pokładu dostrzegł pierwsze płetwy ponad powierzchnią wody. Staramy się podpłynąć najbliżej jak się tylko da. Wszyscy ustawiamy się gotowi do zdjęć. Musimy się tylko dobrze zaprzeć, bo kołysze nami jak łupinką orzecha. Ale wieloryb płynie dostojnie i co jakiś czas widzimy jego płetwy, albo kawałek głowy, po szkoleniu na lądzie staramy się dostrzec oko ale to okazuje się nie być aż takie proste. Za wielorybem natrafiamy na kolejnego stwora. Jest co podziwiać, z trudem rozpoznajemy ogon i głowę, wiedzieliśmy że są wielkie, ale że aż tak?

Jeszcze przez kolejna godzinę krążymy wokół wypatrując coraz to kolejne zwierzaki. Na wyciągnięcie ręki mamy mamę z małym albinosem. W oddali popisy młodych samców, które skaczą w wodzie. Można mieć wrażenie, że to delfiny, ale kiedy zmierzymy odległość jaka nas dzieli od ssaków i do tego ich wielkość aż trudno uwierzyć, że te wielkie stwory mogą tak zwinnie i wysoko skakać. Wracamy do portu bardzo zadowoleni z naszej wycieczki. Teraz zostanie nam selekcja zdjęć. Zapewne wśród fal i naszego podekscytowania mamy wiele zdjęć, gdzie nie ma wielorybów, a tylko woda albo niebo. Ale i na to przyjdzie czas.
Przed nami teraz inne atrakcje, przejeżdżamy do Stellenbosch – miejscowości słynącej z winnic. My na sam początek trafiamy do destylarni. Będziemy smakować brendy. Najpierw jednak film opowiadający historię powstania destylarni i dzieje całej rodziny. Następnie łapiemy jeszcze bednarza, który pokazuje nam jak w tradycyjny sposób robi się beczkę. Ciekawe. Potem wreszcie degustacja. Przed nami taca a na niej trzy kieliszki z brązowym trunkiem. Obok trzy tabliczki czekolady i kawa. I już nam ślinka leci, ale pani z destylarni nie ma litości i najpierw opowiada nam o każdym rodzaju brendy, potem dopiero pokazuje jak należy prawidłowo rozkoszować się smakiem brendy. Wreszcie udaje się nam zanurzyć usta w pierwszym trunku. Do tego czekolada cappuccino –  moccha. Ciekawe połączenie i złamany smak. Za chwile sięgamy do drugiego kieliszka i tu zaskoczenie przegryzamy brendy czekoladką z pomarańczami i cynamonem. Nutka cynamonu jest jednak dopiero wyczuwalna przy połączeniu brendy i czekolady. Cuda. Na sam koniec brendy dwudziestoletnia i czekolada bardzo czekoladowa z mnóstwem kakao. Też ciekawe połączenie. Robimy małe zakupy w lokalnym sklepiku i ruszamy do pobliskiej winnicy. Wjeżdżamy na podjazd, przed nami wielki autobus. Cóż byli pierwsi, my jednak interesujemy się zupełnie czymś innym. W ogrodzie przed wejściem do winnicy ślub. Póki co rozstawione namioty, goście na swoich miejscach, przez środek po fuksjowym dywanie wchodzą właśnie panowie w garniturach i białych koszulach. Jeszcze nie za bardzo wiemy, kto jest kim. Ale za chwilę rozpoznamy pana młodego. Ku naszemu zaskoczeniu w okularach przeciwsłonecznych, trzyma luzacko ręce w kieszeni i żuje gumę. Co kraj to obyczaj. Obok niego świadkowie albo druhowie, od najmniejszego do największego i też ciemne okulary i też obowiązkowo guma do żucia. Zresztą większość gości żuje tu gumy. Czekamy na pannę młodą. Nie tylko my. Goście też zerkają nerwowo. Nie bardzo wiemy skąd i gdzie należy jej wypatrywać. Wreszcie na podjazd zajeżdża stary samochód a w nim panna młoda, za nią długa limuzyna z druhnami. Druhny wychodzą na dywan w zielonych sukienkach jedna po drugiej dołączają do gości. Wreszcie z samochodu przy pomocy mamy wychodzi panna młoda. W białej sukni z różowymi kwiatkami wygląda wspaniale. Wśród gości nie ma białych, typowe kolorowe wesele. Jest już pastor, dwie dziewczyny śpiewają standardy światowe. Mamy gęsią skórkę… A że w grupie u nas jest kilka Mam, które w przyszłym roku wydają swoje Dzieci, warto podpatrzeć.
I tak zamieniliśmy wino na ślub afrykański. Nie odpuszczamy i w ostatniej chwili wjeżdżamy do winnicy tuż obok. Oczywiście patrząc na czas, to nie najlepszy moment na degustację, bo zaraz zamykają, ale bronimy się rękami i nogami i zostajemy. Wino smakuje nam różnie, jedni wolą białe, inni czerwone. Doszukujemy się różnych nut smakowych. Na sam koniec wizyta w miasteczku. Ostatnie zakupy. Po winie i brendy jakoś łatwiej się nam decydować na pewne pamiątki.
Docieramy do Kapsztadu już po zachodzie słońca. Zajmujemy pokoje i wychodzimy na kolację. Mieszkamy na samym waterfroncie. Dzisiaj grill i dania mięsne – ale nie tylko. Zajadamy się i późno lądujemy w naszych łóżkach.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: