Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Tajlandia i Kambodża 22.11-13.12.2009

I dzień zwiedzania Angkor Wat

10-12-2009

Słońce budzi nas równie wcześnie jak dotychczas w Tajlandii. Nasz przewodnik odbiera nas punktualnie i od razu zmierzamy do kompleku świątyń na zwiedzanie. Tu musimy najpierw wyrobić sobie bilety ze zdjęciem, każdy z nas podchodzi do małej kamerki i ma swój własny bilet. Trwa to bardzo krótko i idzie sprawnie. Zaczynamy naszą przygodę ze świątyniami od komlepksu trzech małych i starych obiektów bedących niegdyś pierwszą stolicą Khmerów. Klimat niesamowity, bo prawie nie ma ludzi wokół, a do tego mamy tu klasztor z mnichami i sporo ich krząta się wokół świątyń. Obok pola ryżowe, sporo akurat świeżych sadzonek na polach. Wszyscy zauważamy, iż bieda tu dużo większa niż w Tajlandii. Zaglądamy po drodze do lokalnego sklepu wspieranego przez kraje europejskie. Projekt obejmuje swym patronatem grono dzieciaków sierot, które wytwarzają tu różne artykuły - pamiątki. Kusimy się na szale z jedwabiu, srebro, drewniane figurki. Przerwa na lunch - tym razem jedzenie lokalne i utęskniona przerwa na basen w hotelu. Ciepło dokucza nam mocno, ale wrażenia ze zwiedzania biorą górę. Popołudniem kompleks świątynny Angkor Wat - na to czekamy wszyscy. Tu oczywiście mnóstwo ludzi, wyvbieramy się na przechadzkę omijając główne trasy spaceru innych grup. Zwiedzamy dokładnie wszystkie poziomy świątyni zachwycając się misterią wykonania poszczególnych obiektów. Szkoda, że akurat najwyższa wieża świątyni jest przykryta rusztowaniami. Ale nasz przewodnik znając marudzących tursytów, dla których zdjęcia są bardzo istotne znajduje miejsce, z którego rusztowania chowają się za palmami. Kończymy zwiedzanie i wracamy do hotelu. Po drodze krótki przystanek w Dzielnicy Francuskiej. Część z nas kuszona tutejszą ulicą, małym ryneczkiem i lokalnymi specjałami wysiada. Przeglądamy tutejsze wyroby na sprzedaż wyglądają dużo ciekawiej niż te w Tajlandii. Potem zaglądamy do lokalnych garkuchni. Szukamy czegoś do picia. W jednym z przewodników wyczytałam, że tylko tutaj można skosztować soku z chlebowca i rzeczywiście na jednym ze straganów mamy owoce chlebowca. Zamawiamy podwójną porcję soku - shaka. Smakuje wybornie. Zerkamy do karty menu. Dania bardzo różniste i wszystkie po 1 USD. Nie możemy się powstrzymać, by czegoś nie zamówić. Smacznie i bardzo swojsko. W hotelu druga kolacja, tę jemy już tylko wybiórczo.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: