Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wietnam 13-26.02.2010

Can Tho, pływający targ Cai Reng, dojazd do Nha Trang

16-02-2010

Dzisiaj wieczorem udało nam się dojechać do Nha Trang - do przepięknie ulokowanego nad morzem Diamont Bay,ale po kolei.

Noc spędzałyśmy w Can Tho. Z okien naszego hotelu rozciąga się przepiękny widok na Mekong.
Wstajemy dość wcześnie ( przed 6),  aby udać się na pływający rynek Cai Reng.
Zabieramy ze sobą śniadanie i ruszamy do portu, gdzie czeka już na nas łódka. 
Ostrzegano nas w hotelu, że  targ może się nie odbyć ze względu na trwające święta. Nie odpuszczamy jednak licząc na trochę szczęścia. 
Mimo że jest wczesny poranek jest już gorąco, ale od rzeki obwiewa nas chłodząca lekko bryza. Udało się - przepływamy, wokół kilkunastu łódek oferujących swoje towary.
Targ wodny nastawiony jest głównie na tutejszych mieszkańców z całej okolicy, którzy przywożą i sprzedają swoje produkty: owoce, warzywa, ryż, ryby.
Na małych i większych łódkach na bambusowych kijach poprzyczepiane są do  kabin łodzi – owoce lub warzywa, w której sprzedaży dana łódź się specjalizuje. Podpływając robi się zakupy.

Udaje nam się również przepłynąć jednym z bocznych kanałów wodnych – gdzie urzeka zieleń – niby ściana, oddzielają wodę od lądu – palmy , bananowce i inne nieznane nam rośliny. Zieleń jest tak soczysta że aż chce się wyciągnąć po nią ręce.
Mam nadzieję, że zdjęcia oddzadzą choć trochę klimat.
Udaje nam się również zobaczyć pola ryżowe i popodglądać rolników.

Po powrocie do hotelu ok. 9 od razu ruszamy autkiem do Sajgonu. Po południu musimy być na lotnisku. Ze względu na wczorajsze doświadczenia z przeprawą promową ruszamy wcześniej.
Po drodze uda nam się jednak wygospodarować trochę czasu na przystanek. Kierowca zatrzymuje się w przydrożnej restauracji a raczej kilku restauracjach połączonych ze sobą, oferujących przepyszne jedzenie. Lokalizacja bajkowa. Polecam, 70 km na drodze z Can Tho do Sajgonu. 

Uda nam się tutaj napić wietnamskiej kawy jak i zakupić non - stozkowe kapelusze – tak typowe dla krajobrazu Wietnamu. Są one  zrobione z liści palmy i splecione na bambusowym szkielecie. Doskonałe podobno na każdą pogodę – chronią zarówno przed słońcem jak i deszczem.

Na lotnisku żegnamy się z naszym kierowcą i ruszamy do Nha Trang.

Muszę kończyć bo Celina już mnie woła.

Jesteśmy potwornie głodne. Po zainstalowaniu w hotelu natychmiast ruszamy w miasto. Wiele się nie namyślając wybieramy pierwszą z brzegu restaurację, Ola czyta kartę. Zastanawiamy się co to takiego grilowana "field-mouse" Nie chce nam się wierzyć, że to dosłownie to co wynika z nazwy.
Kelner rozwiewa nasze wątpliwości- tak to grilowana, podawana z różnymi dodatkami polna mysz. Zamawiamy oczywiście coś mniej perwersyjnego. Restauracja jest pełna gości i obsługa z trudem radzi sobie z realizacją zamówień. W końcu jest coś dla mnie - wygląda smakowicie. Ola jeszcze czeka. Nareszcie dostaje - pieczony makaron z owocami morza - boski widok.
Już zaczynam jeść kiedy Ola podejrzliwie przygląda się swojemu daniu. Z niedowierzaniem odkrywamy, że w makaronie jest gniazdo mrówek, które już zaczęły pełzać po talerzu. Zmieniamy lokal - tym razem Ola zastrzega żadnych pieczonych makaronów .Zamawia gotowany z kurczakiem, Dostaje zupę z wołowiną, której nie cierpi . Jest jednak tak głodna że zjada wszystko. Na wyjściu kelner robi nam pamiątkowe zdjecie Happy Vietnam New YEAR!!!"


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: