Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wietnam 13-26.02.2010

Treking po wioskach etnicznych, powrót pociągiem do Hanoi

24-02-2010

Dzisiaj ruszamy na nasz treking do kilku wiosek etnicznych w okolicach Sa Pa.
W nocy dość mocno wiało, ale rano już widać, że będzie piękna pogoda - świeci słońce, lekko wieje. Super. Naprawdę nam się udało, zwłaszacza, że podobno prawie codziennie tutaj pada.

Dzień zapowiada się wesoło. Nasza Lan łapie się za głowę, bo nie może zebrać grupy. Ma nas być 7, stoi nas 6, a z listy wynika że jest nas 5. Po chwili wie już  że nie ma Chińczyka, a Brytyjczycy na liście rejestracyjnej wpisali się w jednej linii. Wiadomo gdzie jesteśmy - jedna linia, jedna głowa - tłumaczymy. Chińczyk wychodzi po śniadaniu i z promiennym uśmiechem przeprasza. Oczywiście wybaczamy - mimo że czekaliśmy 20 min - w końcu wszyscy mamy wakacje.

Pod hotelem od wczesnego poranka czekają na nas mieszkanki okolicznych wiosek, oczywiście w swoich strojach ludowych, dżwigające na plecach olbrzymie bambusowe kosze. Jak się później okaże pełne niespodzianek do sprzedania nam turystom.
Wśród towarów królują -  bogato zdobione brokatem koce, kamizelki, męskie czapki, srebrne bransoletki i kolczyki. Wśród towarów można znaleźć oczywiście oryginały wyprodukowane przez miejscowe kobiety.

Ruszamy. Część kobiet będzie nam towarzyszyć przez całą drogę do ich wioski. W trudnych chwilach - bardzo strome zejścia, przeprawy przez płotki zawsze pomocne.

Pierwszy odcinek to droga do Y Linh Ho mija na miłej konwersacji - większość kobiet ma przygotowany standardowy zestaw pytań i rozmowa się klei. Już podziwiamy przepiękne drogi obrośnięte z obu stron bambusami - które przy dość silnym wietrze niemal składają się do samej ziemi. Tutaj mamy możliwość skosztowania bambusa - nasza Lan walczy dzielnie i obiera maczetą dla nas kawałek bambusa dzieląc między nas. Super słodki, wysysa się sok który mimo słodkiego smaku łagodzi pragnienie.

Ruszamy dalej - do Lao Chai wioski H'mongow. Tutaj już zaczyna się dość strome zejście - podczas deszczu byłaby istna zjeżdżalnia. Po obu stronach drogi rozciągają się przepiękne kaskadowe tarasy ryżowe - w przeróżnych odcieniach zieleni i brązu. Podziwiamy widoki zapierające nam dech w piersiach - podobnie jak droga którą idziemy. Droga to za dużo powiedziane - idziemy skrajem krawędzi. Czasami tak zawieje że łapiemy się powietrza. Miejscowe kobiety niczym kozice pokonują ten odcinek w swoich plastikowych made in china klapeczkach.

Towarzyszące nam kobiety są bardzo miłe i pomocne jednak sytuacja się lekko zmienia kiedy docieramy do ich wioski. Za wszelką cenę próbują nam coś sprzedać, ale my asertywnie odmawiamy. Nasza Lan przygotowuje lunch i rozkoszujemy się zimnymi napojami i przepyszną bagietką.

Jesteśmy na końcu świata - siedzimy w baraku zbitym z drewna i pokrytym blachą falistą - który ledwie odpiera atak wiejącego wiatru - a proszę toaleta murowana, z kolorowymi kafelkami, białą armaturą i prysznicem z hydromasażem. Niejeden nie ma takiego u nas.

Ruszamy dalej do wioski Ta Van - wioski którą zamieszkuje lud Dzao. Zmiana kolorystyki stroju - króluje zieleń. Wioska od razu wydaje nam się bardziej cywilizowana - zgrabniejsze, drewniane domki, szkoła. Jak się okazuje w tej wiosce władze zezwoliły zatrzymywać się turystom na nocleg. Stąd te zmiany.

Przez wiszący mostek przedostajemy się do drogi i czekającego na nas busa. Ruszamy do hotelu. Tym razem droga wiedzie pod górę - i również zapiera dech w piersiach - zwłaszcza na zakrętach - i nie chodzi tylko o widoki. Czasami kawałka drogi po prostu brak.
Humory jednak nas nie opuszczają.
Czujemy lekkie zmęczenie w nogach.

Po szybkim obiedzie ruszamy do Lao Chai do naszego pociągu. I znowu mi przypada zaszczyt opisania podróży pociągiem.

Muszę przyznać, że jesteśmy już ekspertkami od kolei wietnamskiej, od klas pociągów jak i zachowań współpasażerów podróży. Ale to opowieść na oddzielną relację.
Trzeba poznać również Wietnam od tej strony - bardzo ciekawe doświadczenie. Na pewno niezapomniane.

Tym razem wagon nr 18 (idąc wzdłuż pociągu mam skojarzenie z "....... i tych wagonów jest ze 40....i sam już nie wiem co się w nich jeszcze mieści......) i klasa najniższa - miejsca siedzące twarde.
Miłe zaskoczenie, bo ławeczki okazują się 2 osobowe, a nie jak się spodziewałyśmy 6.
Po ulokowaniu się na naszych miejscach stwierdzamy, że siedzenia są nawet niczego sobie, trochę twarde,ale damy radę.

Przez 2 tygodnie pobytu w Wietnamie przekonałyśmy się już o tym, że im mniej miejsca tym więcej osób jak i rzeczy może się zmieścić, wszystko jest małe i łatwo dopasować do całości.

Skoro 2 Wietnamczyków, czasami jeszcze z dzieckiem może się ułożyć do snu na jednej ławeczce to my na pewno damy radę. Zwłaszcza, że ostatecznie po różnych roszadach pasazerów mamy po ławeczce na głowę. Owinięte w kurtki układamy się do snu. Ja dla większego komfortu otulam się jeszcze kapturem.

Noc mija nawet dość szybko z krótkimi przerwami na 1 - 2 minutowe postoje pociągu - kiedy to wpada do środka kilka jazgocząacych kobiet szybciutko przebiegająacych po przedziale z ofertą zakupu czegoś do jedzenia i picia. Robią to bardzo szybko i sprawnie, dużo krzycząc - widać lata praktyki.
Za nimi drepcze Pan z ogromnym czajnikiem owiniętym w styropian oferujący coś ciepłego do picia. na desce przed sobą niesie kubki. Niezapomniany obrazek. Po 2 minutach znowu zapada błoga cisza. Śpimy dalej.

Nie ukrywam, że podróż miała swój urok, mimo wszystko.
Ja zmieniając kilkanaście razy swoje ułożenie na ławce, rozglądałam się po wagonie i zastanawiałam się gdzie ja jestem i dokąd jadę. Bo co chwila zmieniali się towarzysze podróży jak i ich ułożenie. Celina na miejscu - więc podróż trwa dalej. Miałam wrażenie że gramy w jakimś filmie:)
Z uśmiechem na twarzy o 4 z minutami wysiadłyśmy na dworcu w Hanoi.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: