Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie Południowe 20.11-11.12.2010

Zwiedzanie miasta, rozlewiska, występy lokalne

29-11-2010

Dzisiejszy dzień prawie zgodnie z planem poświęcamy na dokładne poznanie miasta. Jedynym dodatkiem jest zwiedzanie szpitala, tym razem medycyny tradycyjnej. Na specjalne życzenie Macieja ruszamy bladym świtem by dotrzeć do największego prywatnego szpitala w mieście. Odwiedzamy tu zaprzyjaźnionego kardiologa, który oprowadza nas po szpitalu, a z Maciejem odwiedzają nawet sale operacyjne i gabinety zabiegowe. Na próżno nasze nadzieje na śniadanie w lokalnej restauracyjce, kolejka wychodzi aż przed budynek. Nie ma jak to sprawdzone miejsca kierowcy, lądujemy w bardzo przytulnym miejscu, gdzie wraz z innymi 30 mężczyznami jemy śniadanie. Każdy z nas ma co innego, do tego kawa i herbata i płacimy niecałego dolara za wszystko.

Teraz czas na rozlewiska, podróż łódką po kanałach zarośniętych coraz bardziej hiacyntami wodnymi. Niestety lokalna ludność sobie z nimi nie radzi i ma z tego tytułu coraz większe problemy. Na lunch zatrzymujemy się u lokalnej rodziny, która akurat będąc po chrzcinach swego najmłodszego potomka wzmocniona jest dzisiaj o Seniorów Rodu, wujka, który specjalnie przyleciał z Emiratów i mnóstwo dzieciaków. Jedzenie wyborne. Podczas spaceru po wiosce poznajemy tajniki produkcji tutejszego alkoholu kokosowego i sekrety robienia sznurka z kokosów. Wracamy do miasta. Pierwszy raz przyjdzie nam spotkać panią przewodnik, która profesjonalnie oprowadza nas po mieście: kościół, sieci chińskie, potem kolejny kościół i wreszcie Dzielnica Żydowska wraz z Synagogą. Na sam koniec pałac. Niestety trochę atmosfera się psuje na sam koniec kiedy zdecydowanie mimo wielu zachęt nie korzystamy z propozycji odwiedzin wskazanego przez panią sklepu. Za to zostajemy sobie sami w sklepikach i znajdujemy wiele ciekawostek. Musimy się tylko jeszcze uporać z myślą, że pudełeczko drewniane, które kupiliśmy jako bardzo ciekawy pojemnik na drobiazgi to urna na prochy…
Wieczorem zaplanowano dla nas występy lokalne. Przez grzeczność przynajmniej zasiadamy na widowni, ale po pierwszych dwóch występach już wiemy, że to nie dla nas. W przerwie wykradamy się ukradkiem. Na kolację dzisiaj dosza – lokalny placek z przeróżnym nadzieniem. Smacznie i znowu bardzo swojsko. Poznajemy młode małżeństwo Hindusów, świetnie sytuowane, pracujące rodzinnie i pełne radości oraz optymizmu. Spędzamy z nimi miły wieczór.
Niestety dzisiejszy dzień pełen wsiadania i wysiadania z i do samochodu, gorąc na zewnątrz a przenikliwy chłód wewnątrz przypłacę paskudnym przeziębieniem.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: