Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Tajlandia i Kambodża 8.02.-1.03.2011

Przejazd na północ Tajlandii: Lampang, Phayao, biała świątynia

16-02-2011

Kolejna pobudka o 6:30, śniadanko i o 8:00 już przygotowani do trasy na północ Tajlandii. Pierwszy postój mieliśmy w Lampang – mieście słynącym z wyrobów ceramicznych najlepszej jakości, drewna tekowego oraz kolorowych pojazdów konnych, wprowadzonych tu przez Anglików na początku XX wieku. W Lampang zwiedzaliśmy dwie przepiękne świątynie. W jednej z nich oglądać można przepiękną replikę szmaragdowego buddy, oraz pomnik białego słonia, na którym ów Budda był wieziony. Krąży również związana z tym słoniem historia, iż w drodze do Bangkoku słoń zatrzymał się w Lampang i za każdym razem gdy prowadzono go dalej, wracał w to samo miejsce, Tajowie odebrali to jako znak od Boga i postanowili trzymać posąg buddy właśnie w świątyni w Lampang. Stał on tam 32 lata, po czym został przewieziony już do stolicy. Świątynie zrobiły na nas wielkie wrażenie, widać już odmienną architekturę, wpływy Birmańczyków, różnorodną kolorystykę, bogatsze zdobienia. Na targu niedaleko jednej ze świątyń zakupujemy różne pamiątki ceramiczne, obowiązkowo z malowanym ręcznie kogutem, który jest symbolem tego miasta. Zadowoleni wsiadamy z powrotem do busa i jedziemy w dalszą drogę. Przed nami 2 h jazdy do Phayao – miejscowości z przepięknym, sztucznym zbiornikiem wodnym, gdzie mamy lunch i przerwę na pyszną kawę. Czas nas nagli, gdyż obowiązkowo chcemy zdążyć do pięknie mieniącej się w słońcu białej świątyni niedaleko Chiang Rai przed zachodem słońca. By umilić sobie czas, poprosiliśmy kierowcę o włączenie jakiejś tajskiej muzyki. Okazało się jednak, że ma tylko angielską. Rod Steward mimo wszystko przypadł nam do gustu. Krajobrazy dookoła znów uległy zmianie. Mnóstwo skalistych masywów górskich, mniejsze, mało turystyczne wioski, więcej lasów, mniej poletek ryżowych, jak zwykle pięknieJ W świątyni wylądowaliśmy o 17:10. Niestety wstęp do środka był już niemożliwy, jednak z zewnątrz robiła tak imponujące i niesamowite wrażenie, że rekompensowało to wszelkie niedogodności. Taki punkt programu na koniec dnia był istną perełką. Zadowoleni zmierzaliśmy następnie już do hotelu, zatrzymując się na targu z owocami i zakupując owoce na kolejną kolację. Hotel przepięknie położony na uboczu (jak powiedział Ludwik, w szczerym polu) z imponującym basenem i ładnymi domkami mieszkalnymi. Kolacja dziś odbywała się u Krystyny i Ludwika. Ubawiliśmy się niesamowicie patrząc na siebie walczących z wyślizgującym się i brudzącym od brody do czoła mango, a jednak jego soczysty i słodziutki smak był niebiański. Na deser oczywiście po kawałku niezastąpionego pomelo, bez którego ciężko nam się było obejść, każdego dnia był to podstawowy produkt kolacji. Po wspólnej, obfitej wieczerzy udaliśmy się do wygodnych łóżek.Pozdrawiamy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: