Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Tajlandia i Kambodża 8.02.-1.03.2011

Przylot do Siem Reap w Kambodży, Tonle Sap

24-02-2011

O godzinie 12:30 samolot linii lotniczych Bangkok airlines wylądował na lotnisku Siem Reap w Kambodży. Wyjątkowo szybko załatwiliśmy wszystkie formalności dotyczące wizy, po czym przywitaliśmy się z nowym przewodnikiem o imieniu Supir. Dodatkowym utrudnieniem w odszukaniu właściwej nam osoby było to, że zamiast napisu ESTA bądź nazwiska pilota, na karteczce było napisane drukowanymi literami – Mr. LUDWIK PIERZGALSKI - 6pack. Trudno było nie wybuchnąć śmiechem, gdy odkryliśmy, że jedyny mężczyzna w naszej grupie został wyróżniony, a harem został wliczony do 6-pack-a. Ludwik wziął sobie karteczkę na pamiątkę, my zaś powoli zmierzaliśmy już w kierunku hotelu zlokalizowanego niedaleko centrum 130-tysięcznego Siem Reap. Pierwsze różnice- ruch prawostronny, autobus przewozowy w stylu klasycznego ogórka, idealnie pasujący do klimatu jakże pięknej ale na pewno dużo biedniejszej od Tajlandii Kambodży. Supir miał założony typowy, kambodżański uniform dla przewodników a jego 1,50 cm wzrostu ciekawie prezentowało się z moim ponad 1,80;)A jednak okazał się być bardzo kompetentny i sympatyczny.

Hotel- piękny! Wszyscy otrzymaliśmy powitalny drink oraz orzeźwiające ręczniczki oblane olejkiem z trawy cytrynowej. Z lobby widok na duży basen, kawałek dalej sala do ćwiczeń. Otrzymaliśmy 3 pokoje na 5 piętrze z ogromnymi tarasami i zadowoleni poszliśmy się odświeżyć i przebrać. O 16:00 spotkaliśmy się ponownie na dole z Supirem, by wspólnie wybrać się do państwowej szkoły artystycznej, a następnie nad sztuczne jezioro Tonle Sap, w którym zbiera się woda zalewowa z Mekongu. W szkole zobaczyć mogliśmy warsztaty malowania na jedwabiu, rzeźbienia w piaskowcu, w drewnie, posrebrzania i wielu innych. Miejsce warte zobaczenia, gdyż ręcznie robione arcydzieła są godne podziwu, a fakt tego, że tworzą je utalentowani uczniowie z biednych rodzin, po 8 -12 miesięcznym szkoleniu dodaje jeszcze większego podziwu. Po około godzinie udaliśmy się w końcu nad jezioro Tonle Sap. Weszliśmy na prywatną, dlugorufową łódkę motorową, gdzie zamiast ławeczek tym razem stały wygodne krzesełka i rozpoczęliśmy 45 minutowy rejs po jeziorze. Zaskakujące było widoczne z bliska mętno-gliniane zabarwienie wody. Po chwili na brzegach pojawiały się coraz to nowe wioski rybaków. Im bardziej się oddalaliśmy, tym więcej domków na palach, beczkach bądź łodziach dryfujących bezpośrednio na powierzchni wody mogliśmy zobaczyć. Po jakimś czasie dopłynęliśmy do wioski mniejszości wietnamskiej, położonej na wodzie po środku wspomnianego wcześniej jeziora. Około 300 rodzin wietnamskich żyje z rybołówstwa, sprzedaży krokodylej skóry bądź skromnej turystyki. Co rusz do naszej łodzi podpływały matki z maleńkimi dziećmi, stojącymi naprzeciw nas jak je Bóg stworzył ,opasani tylko i wyłącznie ciałem wijącego się wokół nich węża. Za chwilę dało się słyszeć nawoływania :photo, photo – one dolar! To najpowszechniejsza forma zbierania pieniędzy w tej wiosce. Po środku pływającej wioski można było zauważyć kościół chrześcijański, kawałek dalej pływające boisko do koszykówki. Ludzie wydają się całkowicie przystosowywać do panujących tam warunków, zważywszy na to, że w porze monsunowej poziom wody w tym jeziorze podnosi się 3 bądź 4 krotnie, i cała wioska musi wycofywać się do miasta, by nie zostać zalaną. Pośród zabaw dziecięcych najpowszechniejsza była gonitwa wodna w miskach do prania, za wiosło robiły chochle do zupy, kawałki drewna, bądź po prostu ręce. Zatrzymaliśmy się na małym wodnym punkcie widokowym, gdzie Supir opisał nam dokładnie mapę Kambodży, najczęściej wyławiane ryby i pokazał pływającą klatkę z krokodylami. Tam też można było kupić małą pamiątkę, wspomagając przy tym wietnamską społeczność. Po około półtorej godziny wróciliśmy z powrotem do brzegu. Ku naszemu zadowoleniu, załapaliśmy się w między czasie na piękny zachód słońca. Pełni nowych, całkowicie odmiennych w stosunku do Tajlandii wrażeń, wróciliśmy do hotelu. Umówiliśmy się z Supirem na kolejny dzień, zjedliśmy wystawną kolację w restauracji hotelowej, wypiliśmy obowiązkowe wapno na zdrowie ( tym razem khmerskie) i poszliśmy spać.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: