Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 6-25.02.2011

Wycieczka łódką po jeziorze Tana, Bahyr Dar

08-02-2011

Odsypiamy dwie nieprzespane noce. Późne śniadanie i wyjazd. Tym razem Jezioro Tana i nasz autobus zamieniamy na łódź. Zmieniliśmy także naszego kierowcę, Bana to przesympatyczny Etiopczyk przywiązany do kolorów narodowych o burzy pięknych puszystych włosów. Zanim jednak autobusik, najpierw łódka. I odwiedzamy w sumie cztery miejsca. Oczywiście największe wrażenie robi na nas kościół, gdzie zachowały się wspaniałe malowidła i z bliska można zobaczyć na własne oczy kilkaset lat historii Etiopii.

Zaglądamy także do skarbca – muzeum i potem odwiedzamy jeszcze Inne wyspy. U Gabriela tylko panowie mogą iść do kościoła, my w tym czasie zwiedzamy specjalne muzeum dla kobiet. W oczekiwaniu na mężczyzn kupujemy i jemy banany, a dla Mirka M. dostajemy popiół o uzdrawiających mocach. Autobusem przejeżdżamy do hotelu i na obiad do miasta. Restauracja przy głównej promenadzie w Bahr Dar. Zajadamy się wymiennie yndżerą, spaghetti lub rybą. Posileni ruszamy do wodospadów. Trasa z asfaltowej zamienia się w szutr. Nasz Baan pędzi jak szalony. Widoki po obu stronach drogi iście etiopskie, bardzo autentyczne i egzotyczne dla nas. Wielkie pola z trzciną cukrową, pracujące na polach dzieci, dorośli zbierający tef, wędrujące z wodą na plecach kobiety. Docieramy na miejsce, z lokalnym przewodnikiem przeprawiamy się łodzią na drugi brzeg. Bogdan w tym czasie zdążył obdarować Maluchy gwizdkami, od razu stał się ich ulubionym Ferendżi (obcokrajowcem). Krzyś ze swych wielu kieszeni co jakiś czas wyjmował pluszaki. Te także radowały dzieciaki, choć te obdarowane wcale nie oddalały się od nas, wręcz przeciwnie wędrując od jednego do drugiego próbowali wyłudzić jeszcze więcej. Po porannych zakupach krzyży i pamiątek sprzed klasztoru chwilowo małe zainteresowanie zakupami.
Wodospady nie są dzisiaj tak imponujące, tama i elektrownia wodna ukradły większość wody. Ale spacer i tak bardzo udany i dobrze nam robi na koniec dnia. Tu od samego autobusu towarzyszą nam maluchy. Chwytają za ręce, proszą o pomoc: długopisy, zeszyty, pieniądze. Maszerujemy na sam dół. W drodze powrotnej decydujemy się na spacer przez wioskę. Oczywiście grupa białych nie może przejść niezauważona, ale i tak jest w miarę spokojnie. Podpatrujemy naturalne życie miejscowych: akurat pora na sąsiedzką kawę, krawiec i jeden i drugi niewzruszeni naszą obecnością i wycelowanymi w siebie obiektywami szyje nadal. Umawiamy się, że autobus zabierze nas z końca wioski. W powietrzu mnóstwo pyłu, słońce chyli się ku zachodowi. A my nadal spacerujemy. Andrzej próbuje obdzielić fotografowane dzieciaki drobnymi  pieniążkami. Niestety nie jest to takie łatwe, ani dobre. Dzieciaki uczą się jak emocjonalnie wykorzystywać dorosłych.
Już po zmroku wracamy na chwilę do hotelu. Tu szybka przerwa na odświeżenie i jedziemy na kolacje do miasta. Tym razem na tarasie nowootwartego hotelu. Zamówienia składamy szybko, gorzej z ich realizacją. Każdy czeka i czeka, wreszcie z kuchni wychodzą pojedyncze dania. Jak zwykle nie do końca zgodne z naszym zamówieniem ale jemy co dają. Wśród ryb i kurczaków nie zabrakło indżery z dodatkami. Dobranoc.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: