Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Świątynia Ta Prohm, przejazd do Pnom Penh

28-03-2011

A dzisiaj na złość zwyczajowemu wstawaniu w Siem Reap o świcie odsypiamy. Późne śniadanie i jeszcze przed wyjściem z hotelu spotkanie z managerem tutejszego biura podróży. Ma dla nas miłe małe upominki. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i jedziemy na zwiedzanie ostatniej już świątyni, zostawiliśmy sobie na deser świątynię z częściowo nienaruszonymi drzewami i wielkimi korzeniami, zresztą to tutaj kręcono film z Angeliną Jolie.

My także szlakiem najatrakcyjniejszych miejsc zwiedzamy cały obiekt. Wiele zdrowia kosztuje nas wyczekiwanie na pusty plan, bo aż roi się tu od bezwzględnych turystów japońskich, którym na nic nasze błagalne prośby albo przygotowane ujęcia.
Ale nie poddajemy się. I ruszamy autobusem do stolicy. W planach był wodolot, ale niski poziom wody w jeziorze od samego początku uniemożliwił nam tę przejażdżkę.
Wśród nas mamy najprawdziwszego doktora od problemów żołądkowych. Jak trwoga to do Edka. Już dzisiaj czwarta pacjentka kuruje się pod Jego bacznym okiem. Ewa i Edek mają specjalny specyfik, którym leczą kolejnych z nas. Najpierw był Włodek, niedawno Jola, potem Ewa M. a dzisiaj Kasia. I wszyscy szybko wrócili do pełni sił. Wyczytaliśmy, że w składzie jest też morfina – może to cała tajemnica… Na wszelki wypadek leku jest jeszcze spory zapas – oby okazał się nieprzydatny.
Po obejrzeniu w autobusie filmu o Angkorze prawie idealnie docieramy na pierwszy przystanek na trasie: most z czasów dawnych. Przechodzimy się po nim na szczęście, a nasi panowie w tym czasie na maleńkim stoliczku przygotowują nam ucztę. Już od jakichś kilkudziesięciu kilometrów zaczęło nam brzydko pachnieć w autobusie. Szeptem pojawiały się różne teorie co to może być. A odpowiedź leży teraz na stoliku, ma kolce i nie zapowiada wielkiego smrodu: durian. Owoc zagadka.
Niektórzy z nas próbowali go już w Indonezji albo w Tajlandii. Teraz czas na kambodżańską wersję. Sięgają po niego dość śmiało prawie wszyscy, niektórym wystarczy sam zapach. Najwięcej zjada Mariusz, który uwielbia wszelkie owoce. Jak na złość panowie będąc zapobiegliwi kupili nam aż dwa duriany, które są nie do zjedzenia. Jeden jedzie dalej z nami. I mimo tego, że panowie pakują go do torebki foliowej, a potem do wiadra i jeszcze przykrywają pokrywą to zapach zaczyna być coraz bardziej intensywny.
Zatrzymujemy się na kolejny przystanek. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem opowieści naszego przewodnika o losach jego krajan za czasów rządów Czerwonych Khmerów . Dyskutujemy przy stole.
Jedzenie lokalne, ale bardzo smaczne. Króluje ryż z warzywami i żółty makaron z warzywami i kurczakiem. Na spróbowanie pojawia się kurczak z imbirem i ryba z imbirem. Wszystko bardzo smaczne. Nie przekonuje nas do siebie deser, to jest banana zalany rozcieńczonym mleczkiem kokosowym z małą fasolka albo soczewicą i małymi glutkami. Brrr.
Reszta smakowita.
W autobusie podejmujemy wspólnie decyzję o ufundowaniu studni dla miejscowej ludności, robimy szybka składkę i zbieramy pieniądze.
Czas na ostatni etap drogi. Włączamy film „Indochiny” jak inaczej ogląda się go po wizycie w Zatoce Ha Long i w Sajgonie. Teraz wszystko wydaje się takie znajome.
Poza tym jakie to azjatyckie oglądać film i wokół czuć coraz bardziej intensywny zapach duriana z bagażnika naszego autobusu…
Codziennie lepiej u nas.
Docieramy do stolicy już mocno po 19.00 Tu wreszcie , po raz pierwszy czeka na nas pani przewodniczka. Od razu umawiamy się na kolację. Wybieramy się do znanego Klubu Korespondentów. Jak to zwykle my na wejściu przestawiamy przygotowane dla nas stoliki. Nieszczęśliwie ustawiono je w przeciągu. Ale szybko znajdujemy rozwiązanie zastępcze. Menu zachodnie i bardzo smaczne. Pyszne wino, soki z marakui i kawka. Zasiedzieliśmy się na dobre. Po 22 jesteśmy w hotelu. Krótka noc przed nami, bo jutro całodzienne zwiedzanie Phnom Penh.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: