Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 20.02.-12.03.2011

Bonampark, Yaxchilan, Gwatemala

04-03-2011

13-tka powinna być dla nasz szczęśliwa. Zapowiada się nadzwyczaj ciekawy dzień. Zapuszczamy się głęboko w tropikalną dżunglę w poszukiwaniu dwóch magicznych miast-państw Majów, Bonampark i Yaxchilan. Od samego początku towarzyszy nam lokalny przewodnik, władający wieloma językami samouk Victor, znawca kultury Majów. Sam zresztą jest potomkiem europejczyka i indiańskiej kobiety Majów.
Gdy docieramy w okolice Bonampark przesiadamy się do latynoskiego minibusa i wyboistą, bitą drogą docieramy pod ruiny dawnego, osaczonego przez tropikalne lasy miasta Majów. Tylko niewielka jego część wydarta jest dżungli. Wiele obiektów, jeszcze nie odkrytych lub odkrytych tylko częściowo, ginie w zielonej otchłani. My mamy niewątpliwą przyjemność podziwiać wspaniałe resztki świątyń, piramid, stelli czy wyrytych w kamiennych blokach niezwykłych płaskorzeźb, których rysunek i forma zaskakują swoją finezją i dekoracyjnością. Nie bez kozery uważa się, że artystyczna spuścizna Majów jest najwspanialszą w całej Mezoameryce.
Ale to po co tu przyjechaliśmy jest jeszcze przed nami. Musimy wspiąć się stromymi kamiennymi schodami w górę, by móc podziwiać piękne, najlepiej zachowane z odkrytych, choć niestety częściowo zniszczone przez niedbalstwo archeologów, magiczne malowidła Majów. To co dla nas się zachowało, obrazy z życia, walki i świętowania Indian powala swoją formą i kolorem. Oraz wartością poznawczą. Jak na dłoni widzimy ich rytuały, barwne stroje czy finezyjne, pełne piór nakrycia głowy. Piękne.
A w dole, tuż przy ścieżce zapraszają nas skromne, acz niezwykle gustowne wyroby z naturalnych surowców dżungli wykonywane przez cudem ocalonych od zagłady, ubierających się w proste białe stroje Indian Lacandon. Oczywiście robimy u nich zakupy, wręczamy maluchom kolorowe maskotki z których cieszą się niezwykle i… jedziemy dalej.
Kierunek Yaxchilan. To już granica z Gwatemalą. Aby dostać się do kolejnej dawnej siedziby Indian musimy popłynąć łodzią szeroką graniczną rzeką Usumacinta. Metys odpala silnik swojej Yamachy i suniemy kilkadziesiąt minut w dół rzeki, której poziom pozwala na swobodne żeglowanie. Ale bywa, że wielka rzeka w porze suchej zamienia się w pełen meandrów strumień, by w pełni pory deszczowej podnieść swój poziom o kilkanaście metrów wspinając się wysoko w górę stromych, porośniętych tropikalnymi drzewami brzegów tworząc ogromną, głęboką rzekę. Natura potrafi być niezwykła.
Stromymi stopniami wspinamy się w stronę kamiennego miasta Majów. W wydartej dżungli przestrzeni podziwiać możemy klasyczne przykłady prekolumbijskiej architektury tego rejonu. Wspaniałe, ażurowe „grzebienie” wieńczące szczyty budowli wspinających się dziesiątkami stopni ku niebu. Bo przecież sztuka, w tym i architektura Majów nie była abstrakcyjna, oderwana od rzeczywistości czy wierzeń. Wysokie, strome budowle odzwierciedlały zamykające Jukatan od południa wysokie góry, miejsce styku ziemi i nieba, rejon przebywania bogów. Stąd i zwieńczeniem piramid są wspaniałe świątynie.
W jednej z nich znajdujemy bezgłową figurę jednego z bogów indiańskich, strąconą zapewnie przez konkwistadorów. Kamienna głowa znaleziona kilkadziesiąt metrów w dole pod piramidą spoczywa obecnie w ciemnej celi przylegającej do pomieszczenia z ciałem boga. Legenda mówi, że gdy głowa z powrotem połączy się z kamiennym ciałem świat, który otacza boga i świątynię zapadnie się. Nastąpi jego koniec. Archeologowie niepomni tej przepowiedni planują scalenie wielkiej figury. Oby jak najpóźniej…
Wracając przybijamy do brzegu, chyba trochę nielegalnie, po drugiej stronie rzeki. Czyli w Gwatemali. Ale nikt się we wiosce specjalnie naszej wizycie nie dziwi. W podszytej wiatrem knajpce, przy dźwiękach krzykliwej muzyki dobywającej się z archaicznej szafy grającej, degustujemy gwatemalskie piwo. Nieoczekiwanie do pląsów zbiera się korpulentna dziewczyna porywając do tańca jedną z naszych pań. Przy ogólnym aplauzie i trzasku migawek aparatów fotograficznych zawładnęły całym parkietem, czyli podbetonowanym klepiskiem przykrytym dachem z rzadkiej trzciny. Po szaleństwach tańca dziewczyna wyłożona na hamaku rozwieszonym pomiędzy drzewami długo żegna nas przeciągłymi całusami wydmuchiwanymi z jej dłoni w naszym kierunku. Bye, bye Gwatemala…


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: