Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Hanoi: zwiedzanie, teatr lalek

17-03-2011

Nasz pan kapitan nie ma dla nas zbyt dobrych wiadomości. W Hanoi 16 stopni i lekki deszcz. Zerkamy na mapę pogody w samolocie, i zamiast 16 mamy 11 stopni a zamiast lekkiego deszczu za oknem leje dość solidnie. Czyżby przyspieszony monsun?

Odprawa graniczna bardzo sprawna, mała kolejka, długo czekamy na nasze bagaże. Nadawaliśmy je w różnych miejscach w Polsce i stąd teraz niektóre walizki już wyjechały na taśmę, inne dopiero czekają na załadowanie. Ale finalnie wszystkie bagaże dotarły z nami do Wietnamu.

Na lotnisku czeka na nas już nasz przewodnik. Mamy Duca - bardzo dowcipnego Wietnamczyka, którego tata spędził 7 lat w Polsce. Chłopak stara się żartować ze słabości własnego kraju, opowiada nam już w drodze do hotelu wiele ciekawostek. Nam najbardziej podobają się żarciki lingwistyczne. Przedmieścia Hanoi nie zapowiadają jeszcze tego słynnego ruchu ulicznego, gdzie to w każdą wolną przestrzeń wciskają się skutery i motory. Przepychamy się nierzadko blokując ronda stojąc na samym środku. Nikt jednak się nie denerwuje, widać takie korki to tutaj codzienność. Zamieniono nam hotel na elegancki i nowoczesny. Krótki oddech, prysznic w pośpiechu i przed nami kolacja.

Wyjeżdżamy do miasta. Przed restauracją czeka na nas pan z parasolami, my jednak bardziej potrzebujemy go by przeprowadził nas przez ulicę. Wewnątrz wiele prywatnych sal restauracyjnych i wielu gości. Menu bogate, choć musimy je lekko zmienić, aż 9 spośród nas to przeciwnicy owoców morza. Ale wszystko jest tu możliwe i tak zaczynamy od sajgonek, po tym jak wznieśliśmy toast winem ryżowym. Czas na zapoznanie się z sosem rybnym - głównym składnikeim większości potraw wietnamskich. Wąchamy, i to nie wszyscy - zapach mówi sam za siebie.

Sajgonki w dwóch wariantach smakują nam bardzo, potem szaszłyki z grilowanych krewetek albo ala krokiety z wieprzowiną. Potem jeszcze wołowina, i kaczka i na sam koiniec smażone banany. Jest wesoło, nieudolnie mieszamy szyki pani serwującej te dania, która z wielkim niezadowoleniem sztorcuje Zbyszka, który nałożył sobie makaron na talerzyk a nie do miseczki. Ulubieńcem naszej dzielnej pani kelnerki staje się Włodek, któremy podtyka kolejne dania i ustawia kolejne talerzyki przed samym nosem. Sytuację łagodzą Zbyszek i Staszek, którzy decydują się na zakup tradycyjnego instrumentu. Oczywiście nie ominęły nas śpiewy i przygrywki wietnamskie, specjalnie dla nas z wpływami zachodnimi i tak prócz znaych piosenek hiszpańsko - włoskich zajadaliśmy kaczkę po wietnamsku z ryżem w takt kolędy "Jingle Bells". Nie zabrakło lokalnych trunków, piwa i wódki Hanoi.

Na sam koniec dzisiejszego bardzo krótkiego dnia, umknęło nam w wyniku zmiany czasu aż 6 godzin, wybieramy się do tatrzyku lalek na wodzie. Tutejsza specjalność podoba się nam bardziej niż inne widziane już wcześniej atrakcje azjatyckie. Zmęczeni staramy się oszukać naturę i kładziemy się spać. Przed nami jutro zwiedzanie stolicy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: