Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Rejs po Zatoce Ha Long

19-03-2011

Budzimy się rano i znowu zerkamy do okien. Od wczoraj wieczora mamy dwie sprzeczne wiadomości na temat dzisiejszej pogody. Najpierw po kolacji z radosna wieścią powitał nas Mariusz, który zapowiedział między 8 a 10 słońce, ale potem smsem przyszła wiadomość od Ewy M. z pokoju obok, że jednak zimno i deszcz.

Pogodzie za oknem bliżej na szczęście do mariuszowych wieści. Słońca jeszcze nie ma, ale i nie ma ósmej. Śniadanie i jedziemy do portu. Zanim jednak rejs to decydujemy się zajrzeć na lokalny targ. A tu w najlepsze rozgościli się sprzedawcy najbardziej azjatyckich owoców i warzyw. Robimy szybkie szkolenie pośród egzotycznych delicji. Wąchamy tutejsze zioła, gładzimy gładkie skórki niektórych owoców, przyglądamy się małym zawijątkom kryjącym ciasto ryżowe. Dostrzegamy także liście betelu. W drugiej sekcji owoce morza, ryby świeże i suszone, mięso. Kupujemy kilka rodzajów owoców na spróbowanie. Wybieramy te egzotyczne, i najbardziej smakować nam będzie soczyste i bardzo słodkie pomelo.
Wielka dżonka drewniana tylko dla nas. Zajmujemy przestronny dół. Ale pogoda wydaje się nam bardzo sprzyjać, niebo zaczyna się przejaśniać i robi się coraz cieplej. Niektórzy z nas mają już okulary słoneczne pod ręką, inni jeszcze więksi optymiści wyciągają krem przeciwsłoneczny. Wylegamy na górny pokład. W oddali majaczą ostańce krasowe. Zatoka Ha Long nazywana przez wielu ósmym cudem świata wydaje się być rzeczywiście warta tego tytułu. Na wodzie spory ruch, dżonki, łodzie turystyczne, łodzie hotelowce, małe jednostki rybackie, wreszcie łajby na których lokalni sprzedawcy wraz z całymi rodzinami próbują nam sprzedać swoje wyroby, owoce i warzywa. Niebo robi się coraz bardziej niebieskie, wychodzi słońce. O jak przyjemnie i jak ciepło. Robimy zdjęcia na prawo, na lewo, do przodu i w tył. Razem mamy ich pewnie tysiące. Potem sesje pojedyncze, podwójne, grupowe, ustawiane, spontaniczne. Bawimy się coraz lepiej a słońca coraz więcej. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej pogody. Jest idealnie, mgiełka i lekkie zachmurzenie na wstępie i teraz lazur wody oraz mogoty.
Przed nami zejście na ląd – zwiedzamy jedną z wielkich tutejszych jaskiń. Na łodzi po krótkim rejsie czeka na nas lunch. Dzielimy się na dwie grupy, tych co zajadają się owocami morza i tych, którzy woleli co innego. Oba warianty bardzo smaczne.
Autobusem wracamy do Hanoi. Po drodze kilka przystanków do zdjęć, mini zakupy w przydrożnym sklepie i wreszcie docieramy na miejsce.
Zapadła grupowa decyzja, że wieczorem jedziemy na węża. Restauracja leży kilka kilometrów od centrum i udajemy się tam taksówkami. Nasza Trójka jest już z nami, choć powiększyła szeregi grupy nie jedzącej owoców morza a i na węża nie chce dać się namówić. Mając doświadczenie po wczorajszej taksówce dzisiaj świadomie zmawiamy tylko dwie duże i dzielimy się na panie i panów. Upychamy się oczywiście ponad normę, zabieramy Jarka i jako pierwsze udajemy się do restauracji. Najpierw na styk przejeżdżają obok nas dziesiątki motorków, motoriksz, samochodów. Potem jeszcze kilka razy jedziemy pod prąd, potem na nas jadą pod prąd, potem jeszcze coraz węższe i ciemniejsze uliczki, doły, dziury i nagle pan przystaje a nas wita pani z parującymi ręczniczkami. Cuda. Zaledwie kilka minut po nas docierają panowie. W terrariach przy wejściu pierwsze węże, te nie do jedzenia a do ozdoby.
Na górze przygotowany stolik, na nim sosy, prażynki, sól, limonki, sos sojowy. Kelner zapowiada węże, wychodzimy na korytarz gdzie rozegrać się ma cała akcja. Ja ostrożnie wdrapuję się na krzesło (stąd lepiej widać…) nie jestem odosobniona. Lucyna i Ania podobnie jak ja nie ufają wężom. Nagle z worka wypełzają na podłogę dwie kobry. W pierwszym rzędzie Mariusz, Edmund i Jarek, którzy fotografują je z bliska. Największe moje zdziwienie to zaledwie kilkuletnie dzieciaki wietnamskie, które niemal wciskają nosy pomiędzy węże a pana zamierzającego je ukatrupić, rodzice zachowują stoicki spokój…
Jest decyzja, kobra została wybrana przez naszą grupę. Skłamałabym gdybym teraz opisała w szczegółach co nastąpiło po kolei, bo przez zaciśnięte mocno oczy niewiele widać… Ale efekt był taki, że w lawinowym tempie pan od węży chwycił wprawnie kobrę, sprawnym i zdecydowanym ruchem wybił jej nożem zęby, trysnął jad, a potem rozpruł jej brzuch. To już widziałam, krew została odciśnięta do małej filiżanki, wyrwane serce i jeszcze bijące położone na talerzyku, a do drugiej buteleczki zebrano żółć. I to tyle. Siedliśmy do stołu przemieszczając się i zajmując odpowiednie miejsca. Znowu podzieleni na jedzących węża i tych niejedzących. Nie było problemów ze znalezieniem śmiałka, który by zjadł jeszcze ciepłe serce kobry. Jarek dumnie wychylił pierwszy kieliszek z krwią i sercem węża. Brrr! W jego ślady ale tylko pijąc krew poszli Mariusz, Marek, Staszek, dołączyłyśmy my: Ewa M. i Estera. Marek rozsmakował się w wódce z żółcią. Usta pomoczyły w kieliszkach Jola i Lucyna. Liczba stale rośnie.
Teraz dania z węża: zupa z węża, wąż grillowany w liściach, wąż grillowany bez liści, wąż smażony z warzywami, sajgonki z węża, mielone kości węża, chrupka smażona skórka z węża. Każdy z nas wybrał swoje ulubione danie. Aż dziwne, że z jednej kobry tyle różnych dań. Reszta dostała dzikiego kurczaka oczywiście w całości od główki aż po kuper, kluchy ryżowe, sałatę. Nie wszyscy wyglądają na najedzonych. Ale przeżycie warto było zobaczyć akurat w wietnamskim wydaniu.  


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: