Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Sajgon

20-03-2011

Ostatni dzień w Hanoi. Wcześnie jemy śniadanie, przejeżdżamy na lotnisko. Nasz przewodnik towarzyszy nam do samego końca. Żegnamy się z nim bardzo serdecznie i ruszamy do odprawy. Tym razem niespełna dwugodzinny lot do Sajgonu. Sprawna odprawa i zajmujemy miejsca w samolocie. Zmiana pogody mile nas zaskakuje. Hanoi żegnało nas zachmurzonym niebem i temperaturą dość niską bez większych szans na rozpogodzenie. A tu już po otworzeniu drzwi samolotu bucha gorąc i jest bardzo wilgotno. Tym razem kapitan naszego samolotu nie mija się z prawdą i nietrudno nam uwierzyć, że rzeczywiście mamy około 33 stopni. Łapczywie łapiemy ciężkie i wilgotne powietrze i powoli przygotowujemy się na zmianę klimatu.

Nasz nowy przewodnik nie podbija naszych serc, ale staramy się nie wyciągać zbyt szybko wniosków i dajemy mu szansę by rozwinął skrzydła. Mamy cały wielki autobus dla nas. Wewnątrz fioletowe firaneczki. Najpierw jednak lunch i tym razem lokalny specjał czyli zupa pho. Bulion na wołowinie z dodatkami, większość z nas wybiera opcję z najbogatszą ofertą dodatków i sajgonki. Miski z zupą okazują się być wyzwaniem nawet dla największych głodomorów, a sajgonki tylko uzupełniają naprawdę na zapas.
Jedyny punkt programu na dzisiaj to tunele podziemne Cu Chi. Musimy udać się kawałek za miasto. Droga mija bardzo szybko, korzystamy, że to niedziela i ruch nie jest zbyt wielki. Docieramy na miejsce, tu najpierw film dokumentalny, potem tablice z mapami, pułapki i strzelnica. Jarek, Włodek i Staszek dają się namówić na strzelanie. Więcej z nas wchodzi do bardzo ciemnych i wąskich tuneli, które i tak na użytek turystów zostały poszerzone. Nie decydujemy się na przejście całego odcinka – zostajemy przy najkrótszej opcji.
Wracamy do Sajgonu. Jest już popołudnie i ruch zdecydowanie większy. Nasz kierowca widząc nasze ogromne zafascynowanie i podekscytowanie tym co widzimy na zewnątrz jedzie powoli by jak najczęściej przystawać na czerwonym świetle, które o dziwo bywa nawet czasami tu respektowane. A my mamy wtedy za oknami istne show: skutery, skutery i jeszcze raz skutery, jadą obok nas, po prawej, po lewej stronie, jadą z naprzeciwka, pod prąd ze skosu. Widzimy jak na dwuosobowych maszynach suną całe rodziny, małe dzieci na stojąco, na półleżąco i śpiące na rękach u rodziców. Mamy przegląd najnowszej mody wśród kasków, są kolorowe, w ciapki, łatki i kwiatki. Nakładane  na kapelusze i na czapki z daszkiem, z maseczkami przykrywającymi twarz i bez nich.
W takiej atmosferze docieramy do ścisłego i nowoczesnego centrum. Za chwilę zrobi się ciemno i wszystkie budynki zostaną podświetlone. Kwaterujemy się w naszych pokojach, a że nie mają okien szybko wychodzimy do miasta. Duża grupa w poszukiwaniu miejsca na kolację dociera nad brzeg rzeki Sajgon. Tu cumuje sporo statków – restauracji. Dalsza opowieść to zapis zasłyszany od uczestników owej niezapomnianej biesiady. Podglądając gdzie najwięcej jest gości dziewiątka decyduje się dołączyć do gości oblegających tłumnie jeden ze statków. Kelner jednak odmawia przyjęcia ich na pokład tłumacząc, że to wszystko goście weselni, których tłum zajmuje aż trzy pokłady na statku. Jednak urok osobisty całej grupy i wiara że biały człowiek to szczęście na weselu a potem i w życiu działa cuda i jednak grupa znajduje stolik w atrakcyjnym miejscu. Menu bardzo bogate, dania wykwintne. Zamówienie zostaje złożone. Będzie ono realizowane w różnych odstępach czasu, co doprowadzi do wielu potknięć i śmiesznych sytuacji.
Najbezpieczniejszą decyzją był wybór pizzy, choć to mało lokalne jedzenie okazało się być trafem w 10. Zbyszek L. zamówił wieprzowinę marząc o solidnej wielkości kotlecie schabowym. Cóż - dostał wypieczoną skórkę wielkości dłoni pociętą na paseczki. Jeszcze inaczej było w przypadku Marka. Danie przyniesione przez kelnera wcale nie odpowiadała złożonemu zamówieniu. Po chwili udało się ustalić co z nim jest nie tak. W tym samym czasie Staszek zajadał się już swoją grillowaną krewetką, która pływała w zupie, ale pod wpływem mocnej sugestii Edka uwierzył, to może nie zupa a jednak sos. Kelner „złapał” w lot swoja pomyłkę po proteście ze strony Marka i z wielkim wdziękiem i całą powagą zabrał sprzed nosa Staszka nadjedzone już krewetki i postawił je przed Markiem, a jego danie powędrowało do Staszka… jak Sajgon to Sajgon. Grupa zdecydowała się zapłacić za jedzenie, a tu ten sam pan kelner, że nie mają się tak co spieszyć, bo statek dopiero odpływa. Jak to odpływa, i dokąd??? Szybka zbiórka pieniędzy, płacenie w locie, statek wstrzymany, a grupa w pośpiechu opuszcza pokład. Śmiechu było co niemiara a i niezapomniane wrażenia.
Ewa, Jarek i ja stęsknieni za kawą znaleźliśmy dobrą mocną kawę na wynos, potem kluczyliśmy po uliczkach w centrum w poszukiwaniu restauracji z mieszanym menu. A na koniec trafiliśmy do jednego z najbardziej znanych barów w mieście z pięknym widokiem na całe miasto, które teraz rozświetlone wyglądało naprawdę okazale. Mieliśmy nosa, przewijające się nam przed nosem bardzo zgrabne i bardzo skąpo ubrane dziewczyny oraz podejrzanie przystojni i latynosko wyglądający panowie okazali się być najprawdziwszą kapelą kubańską, która bawiła nas aż do 23.
Jakże ten Sajgon różni się od Hanoi…


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: