Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 20.02.-12.03.2011

San Cristobal, Chamula, Zinacantan

02-03-2011

Po śniadaniu w malowniczej Casa Mexicana idziemy w miasto by przywitać Indianki niosące na targ swoje bajecznie kolorowe wytwory, hippisów rozkładających swoje kramiki na skrzyżowaniu ulic, sprzedawców otwierających niezliczone sklepiki, czy księdza nawracającego młodego Indianina w pięknej Templo de Santo Domingo. Życie na głównym placu miasta - Plaza 31 de Marzo, gdzie w cieniu krzyża i pohiszpańskich kościołów Indianie z okolicznych gór rozpoczynają swój codzienny rytuał oczekiwania, zaczyna toczyć się coraz żywszym tempem.
Jeszcze kilka zdjęć i czas w drogę. Dzisiaj jedziemy do dwóch małych indiańskich mieścinek, San Juan Chamula i Zinacantan. Niemal ze sobą sąsiadują a zamieszkują je zupełnie różne nacje Indian, niezbyt zresztą się lubiące. W Chamula rządzą Indianie Cocyl. Mają tu swoją policję, swój sąd i prawo oraz władze. Wywalczyli sobie znaczną autonomię.
I dość bezwzględnie łupią turystów, którzy ciągną tu jak meksykańskie pszczoły do miodu. Magnesem jest niezwykły kościół, a w szczególności jego niedostępny dla kamer i aparatów wewnętrzny rytuał. Gdy przekracza się kolorowy portal, wkracza się w zupełnie inny, nierzeczywisty świat. Na posadzce, pomiędzy długimi igłami tutejszej sony zalegającymi kilkucentymetrową warstwą podłogę, Indianie zapalają dziesiątki małych świec. Każda z nich oznacza życzenie lub prośbę do jednego z dziesiątków indiańskich bogów. Dym, poprzez który wpadające przez niewielkie okna światło oświetla magicznie postaci siedzące na podłodze i odprawiające swoje rytuały, maluje wnętrze miękkimi barwami. Pomruk modlących się do chrześcijańskich figurek Indian, dla których przedstawiają one de facto prekolumbijskich bogów, niesie się po otwartej przestrzeni jednonawowego kościoła pozbawionego ławek czy klasycznych ołtarzy. Ozdobne, złocone ramy obrazów są puste. Rytuał modłów kończy niewielki posiłek i popijanie niskoprocentowego pulque. Wszechobecne dzieci dostają coca-colę (ta wyparła tradycyjny słodzony napój) z kilkoma kroplami alkoholu. Delikatnie przesuwamy się pomiędzy nie zwracającymi na nas najmniejszej uwagi Indianami. Dla nich nas tam nie ma.
Miejsce jest tak niezwykłe, że chciałoby się siąść pośród igliwia i przyłączyć do tubylców. Ale cóż, trzeba iść dalej. Na zewnątrz dopada nas chmara oferujących lokalne wyroby, nie dających się zbyć byle zakupem dzieciaków.
Zaopatrzeni w indiańskie wyroby przemieszczamy się do kolejnej wioski. W Zinacantan panuje cisza, spokój i porządek. Nie ma już tej nachalności, ale i tego niezwykłego kolorytu Chamula. Spokojnie oglądamy wnętrze domu zamienionego na warsztat tkacki i sklepik oferujący kolorowe wyroby. W oczekiwaniu na przyrządzenie na palenisku lokalnych tacos zwiedzamy pobliski kościółek delektując się niezwykle kolorowymi niewielkimi wypiekami sprzedawanymi przez odświętnie ubrane indiańskie kobiety.
Wracamy do San Cristobal. Zwiedzamy piękne zabytki miasta, snujemy się po jego kolorowych ulicach, zasiadamy w lokalnej knajpce by coś przegryźć lub wypić kawę w płonnej nadziei, że tym razem nie będzie to przyrządzona na amerykańską modłę cienka breakfast coffee. Urokliwe miasto, w którym czas niemal zatrzymał się w ubiegłych stuleciach, to zdecydowanie miejsce z którego nie chce się wyjeżdżać. Pewnie jeszcze tu wrócimy. Na dłużej.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: