Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Zwiedzanie Vientiane, przelot do Luang Prabang

22-03-2011

Najpierw śniadanie, potem zwiedzanie stolicy. Nasz przewodnik zgrabnie rozplanowuje zwiedzanie. Kilka świątyń, w tym charakterystyczna Złota Stupa. Ponieważ to dla nas pierwsze spotkanie z buddyzmem, poznajemy  tajniki religijne, reguły życia tutejszych mnichów, ich elementy stroju. Podziwiamy z zapartym tchem bogate wnętrza starych budowli. Jest dość wcześnie i w wielu miejscach jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Przed Wielką Stupą uwalniamy z klatek ptaszki myśląc przy tym jedno życzenie.

Laos bardzo się nam podoba. Robi ciepłe wrażenie. Nasz przewodnik pokazuje nam z dumą swoje zdjęcia dokumentujące jego pobyt w klasztorze. My z wielkim zaciekawieniem wypatrujemy całkiem nowych dla nas elementów architektury sakralnej. Vientiane w odróżnieniu od Hanoi i Sajgonu to niewielkie miasto i mimo tego, iż jest stolicą robi bardzo przytulne wrażenie.
Mamy słońce, niebieskie niebo, nasze zwiedzanie kontynuujemy kończąc je na Łuku Tryumfalnym. Tu wspinamy się po wielu stopniach na punkt widokowy, skąd rozpościera się piękny widok na cały plac i kwieciste klomby oraz na skaczące fontanny. Jako że przed nami kolejny lot, decydujemy się na wczesny lunch. Restauracja już przygotowana i dość szybko podaje nam smaczne dania. Jemy delektując się nowymi smakami. Mamy kurczaka, smaczna rybkę, bardzo dobre są też smażone warzywa. Zbyszek F. tak rozsmakował się w rybie na słodko-kwaśno, że domawia dokładkę. I tak po deserze na stół wjeżdża jeszcze jedna porcja ryby. Wraz z Zosią i Kasią kończy swoje danie na stojąco.
Przewodnik nas ponagla, bo czasu do odlotu coraz mniej. W drodze na lotnisko dzwonią nawet linie do nas pytając czy i kiedy dotrzemy do odprawy. Przez to, że jesteśmy ostatnimi pasażerami odprawa odbywa się bardzo szybko. Zbieramy paszporty, ważymy wspólnie walizki. Wszystko gotowe. Zajmujemy miejsca w maszynie i nawet 10 minut przed czasem startujemy. Stanowimy naszą 17 prawie 1/3 całego samolotu. Lot bardzo krótki, w linii prostej do pokonania zaledwie 400 kilometrów, ale przejazd tego odcinka autobusem zająłby nam około 12 godzin. Lądujemy w Luang Prabang. Inny krajobraz, dużo zieleni, pojedyncze pagórki. Nie możemy wysiąść zbyt szybko. Na naszym pokładzie mamy bardzo ważną delegację rządową, która ze wszystkimi honorami witana jest na płycie lotniska. To nie dla nas niestety te czerwone dywany, orkiestra powitalna, wieńce kwiatów. Widzimy pełne podekscytowanie na twarzy naszych  współtowarzyszy, którzy na pewno rozpoznają ważnych oficjeli. Zbyszek L. na wszelki wypadek też robi kilka zdjęć, choć nie bardzo wiemy kto jest kim. Wreszcie dość honorów i teraz możemy wyjść także my. W hali przylotów zamiast bagaży czeka na nas pani z obsługi lotniska z informacją niespodzianką: nie ma naszych bagaży, wszystkie przylecą następnym samolotem ze stolicy o 17.00. Nie jesteśmy pocieszeni, bo marzył się nam basen i chwila odpoczynku, ale nie marudzimy. Jedziemy najpierw do hotelu. Tu szybko zajmujemy pokoje i wybieramy się po krótkiej przerwie do miasta na zwiedzanie. Trzy świątynie, przerwa na kawę i piwo nad Mekongiem. Grzeje niemiłosiernie i nadaremnie wyczekujemy na lekką bryzę od wody.
Stale śledzimy losy naszych bagaży ale nie mamy jeszcze ostatecznych informacji potwierdzających ich dostarczenie do hotelu. Wreszcie nasz przewodnik odbiera wiadomość, że walizy są na miejscu, ale my już w drodze na kolację. Chyba przejadła się nam kuchnia laotańska, bo wybrzydzamy przy posiłku. Wiele dań nam nie smakuje. Za to na poprawę humoru idziemy rozpoznać sytuacje na targu nocnym. Planujemy tu wybrać się jutro na zakupy. W przydrożnych garkuchniach Marysia, Estera, Jola i Zbyszek kusimy się na francuskie naleśniki z nutellą i owocami. Smakują wybornie. Na straganach kolorowo i pstro: chusty, szaliki, kadzidełka, pałeczki, książeczki, buty, torby i wiele innych skarbów.
Wracamy do hotelu. Część z nas miała jeszcze cichą nadzieję na basen, ale niestety na próżno. Ewa i Edek mają problem z wejściem do pokoju, zamek szwankuje. Na nic mądre rady trzech kolejnych macherów. Pomaga Mariusz. Uff.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: