Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Zwiedzanie Yangon, lot do Bagan

31-03-2011

Już tradycyjne Ania i Włodek zaczynają dzień znowu dobrą godzinę za wcześnie. My schodzimy na śniadanie punktualnie, bagaże już na lotnisku, karty pokładowe i paszporty czekają na lotnisku. Jedziemy. Nasi kierowcy, bo mamy aż dwóch: kierowca numer 1, który prowadzi i kierowca numer 2, który mu asystuje jako że ruch prawostronny a kierownica też po prawej stronie i wymaga to często znacznej pomocy. A poza tym wykładanie za każdym razem małej skrzyneczki, żebyśmy mieli dodatkowy stopień, podświetlanie stopnia latarką w nocy, podawanie ręki, itp. To bardzo wiele zadań dla takiego asystenta. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. My wyjątkowo mało rozmowni. Każdy prawie na wpół śpiąco zjadł śniadanie, teraz podrzemujemy w autobusie. A panowie tak wzięli sobie do serca nasz program, że mimo pory i mimo samolotu, który już rozkręca śmigła postanowili nas obwieść po mieście pokazując jeszcze jedną zananą stupę. Nasz przewodnik o mało nie padł na miejscu, kiedy zobaczył nas w sennym letargu wysiadających z autobusu 20 minut po planowanym czasie spotkania.

Ale możemy powiedzieć, że program w  Yangonie zrealizowaliśmy. Lot zaledwie godzinny. A i tak śniadanie jako poczęstunek.

W Baganie pachnie deszczem. Lało w nocy. Teraz niebo jeszcze lekko zachmurzone, ale dzięki temu nie jest jeszcze straszliwie gorąco. Najpierw bagaże, potem autobus i jedziemy na zwiedzanie. Zaczynamy od lokalnego targu. Tu najpierw owoce i warzywa. Oczywiście po raz pierwszy i to z bardzo bliska mamy umalowane buzie mam i ich dzieci, kobiet i mężczyzn. Wielkie plamy na polikach i na czole mają chronić przed nadmiernym słońcem, a dla nas są bardzo wdzięcznym i egzotycznym motywem do zdjęć.

Po zielonych straganach przyszedł czas na kwiaty. Potem jeszcze wielkie kosze z rybami i kurczakami. Ja w jednej z wąskich uliczek znalazłam nawet pieczone szczurki i zielone mango. Co za zestaw. Robimy zdjęcia, filmujemy, potem spotkanie przy autobusie. O tyle istotne, że to nasza premiera jeśli chodzi o lokalnych sprzedawców. Nie zawieramy żadnych transakcji, póki co się obwąchujemy. Jak to działa przekonamy się już za chwilę, kiedy to ci sami sprzedawcy będą gonić na swoich motorach do miejsca, gdzie my dojedziemy autobusem, by tam ponownie kusić nas na zakup ich towarów. A w planach świątynie, pagody i stupy. Bagan to niesamowite miejsce, gdzie jak okiem sięgnąć wszędzie widać charakterystyczne buddyjskie budowle. Chyba chwilowy kryzys zażegnany, mimo wczesnej pobudki zwiedzamy. W przerwie musimy znaleźć kantor. Docieramy do jednego ze sklepów z pamiątkami. Tu pani właścicielka w plastikowej zielonej torbie zestawia na stół gotówkę. Kasuje od nas dolary, przelicza je bardzo wprawnie i wypłaca każdemu jego dolę. Dostajemy nawet chipsy na stół dobry biznes. A po zakończonej wymianie oczywiście zaproszenie do zakupów. My jednak wolimy najpierw zakończyć część obowiązkową a potem zrobić zakupy. Dzisiaj planujemy lakę. W jednej z ostatnich świątyń wielkie poruszenie. Nasz przewodnik równie podekscytowany jak reszta nastoletnich dziewczyn piszcząca  z zachwytu. Okazuje się, że jutro w Baganie ma odbyć się wielki koncert lokalnych gwiazd i gwiazdek popu i rocka. I właśnie dwóch takich gwiazdorów i to wielkiego formatu mamy teraz na wyciągnięcie ręki przed nami. Podobnie jak my zwiedzają świątynie. Zaprzyjaźniamy się, i przed wejściem do świątyni robimy sobie wspólne zdjęcie. Nie tylko my sobie z Azani ale i On z nami swoim aparatem. Zazdrości nam przynajmniej pół Birmy. A nasz przewodnik nie może ochłonąć do wieczora. Od roku ma bilety kupione i odlicza godziny do rozpoczęcia koncertu, a teraz jeszcze takie spotkanie i wspólne zdjęcia.

Czas na lunch, w bardzo ładnym miejscu z widokiem na rzekę. Jedzenie bardzo smaczne, już chyba wszyscy jemy pałeczkami. I wygląda to komicznie, kiedy my mniej lub bardziej wprawnie żonglujemy patykami a nasz przewodnik, elegancki smukły Birmańczyk w swoim tradycyjnym stroju, czyli niby spódnicy opasanej wokół bioder je łyżką i widelcem….

Czas na leniuchowanie nad basenem. Idealnie, największy upał przeczekamy w hotelu. Ale to nie koniec naszych planów. Mamy jeszcze wizytę w fabryce laki wraz z zakupami i zachód słońca w jednej ze świątyń. Niestety niebo nie jest idealnie czyste i nie uda się nam zobaczyć idealnie czystego zachodu słońca, ale kula i tak przebija się przez warstwy chmur wybarwiając niebo na czerwono i pomarańczowo.

Kolacja wyjazdowa – smaczne dania kuchni zachodniej. A teraz integracja z pokoju Marka przeniosła się nad basen.  


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: