Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Jezioro Inle

04-04-2011

Wiedząc jaki czeka nas upał w samo południe nikt nie protestuje, kiedy umawiamy się na wczesne śniadanie i zwiedzanie już od 8. Ruszamy oczywiście łódkami do kolejnych atrakcji na Jeziorze Inle. Jest dość rześko. Większość z nas obudził nad ranem chłód i musieliśmy się posiłkować dodatkowymi kołderkami w pokojach. Różnica pomiędzy temperaturą w ciągu dnia a teraz to aż kilkanaście stopni. Wielu z nas po długiej nocy wstało dość wcześnie i obserwowało piękny wschód słońca. Edek poleca wszystkim prysznic o świcie, a Marek przekonuje nas, że rano jak chuchał to aż para leciała tak było zimno.

Na łódkach mamy koce, ale przezornie zapakowaliśmy także kurtki. Nie jest nam zimno. Poza tym widoki pozwalają zapomnieć o lekkiej bryzie. Sięgamy po aparaty. Pierwszym naszym przystankiem jest lokalny targ, który codziennie odbywa się w innym miejscu. Wysiadamy na ląd i w tłumie miejscowych i pojedynczych turystów zatapiamy się pośród sprzedających i kupujących. A tu aż roi się od kolorów i zapachów. Jest w czym wybierać. Najpierw zdjęcia, potem oczywiście drobne zakupy. Pamiątki i drobiazgi dla turystów. Stąd tylko kawałek dzieli nas od kolejnych atrakcji: dzisiaj odwiedzamy sporo mini fabryczek, poznajemy tajniki produkcji cygar, parasolek, papieru, jedwabiu i tkanin z lotosu. Kusimy się oczywiście na drobne pamiątki. Tym samym uzupełniamy nasze walizki nabijając je po brzegi.

Przed nami kolejny przystanek to kobiety żyrafy. Nie pochodzą wprawdzie z tego regionu, ale od kilku lat stanowią niebywałą atrakcję dla przyjeżdżających tu turystów. Przyglądamy się im i my z niedowierzaniem kiwając głowami nad ciężkimi obręczami, które noszą na szyi. Obok mosiężne obręcze można nawet chwycić i zważyć osobiście. Jest co trzymać w dłoni.

Na sam koniec mamy klasztor ze skaczącymi kotami. Nikt za bardzo nie był w stanie wyobrazić sobie tych popisów. Najpierw jednak oglądamy posągi mnichów, dopiero potem nasza przewodniczka składa ofiarę a my jesteśmy świadkami pokazu naprawdę kotów, które na hasło mnicha „jump” skaczą przez poręcze. Komentujemy to dość dosadnie: „cyrk w klasztorze”. Ale to kolejna niespodzianka i atrakcja odróżniająca ten klasztor od pozostałych. Po drodze napotykamy na procesję pod złotymi parasolami, tę uroczystość obserwowaliśmy już na ciężarówkach. Teraz fotografujemy małego chłopca na łodzi. Jeszcze tylko przerwa na lunch. I po raz kolejny zupy są inne, kurczak też smakuje inaczej. Stajemy się ekspertami od lokalnych specjałów.

Czas na sjestę  dla chętnych. Jest też alternatywna propozycja zainspirowana gorącym poleceniem zaprzyjaźnionych Glorii, które miesiąc temu przecierały we Czwórkę ten szlak. Wybieramy się do winnicy, i choć upał niemiłosierny i nikomu się pewnie już nie chce to znajduję jednak towarzystwo i w piątkę jedziemy najpierw łodzią do miasta. Ze mną na pokładzie Ewa i Maria, Mariusz i Edek. W przystani czeka na nas tuk-tuk. Mkniemy przez miasto, tu idzie nam bez większych problemów. Za to na drodze poza miastem silnik skowyczy, zacina się i rzęzi. Ledwo co poruszamy się do przodu ale metrów ubywa. Widać już oznaczenia prowadzące do winnicy, droga delikatnie pnie się na wzgórza. Na miejscu po tym jak z trudem wtoczyliśmy się pod samo wejście podejmuje nas pan, który najpierw proponuje oprowadzenie po winnicy. Odwiedzamy piwnicę i poznajemy sposób produkcji.

Teraz najmilsza część czyli degustacja. Aż 9 win i do tego bardzo smacznych. Delektujemy się po kolei nutami owocowymi, pieprzowymi i plotkujemy powoli zaczynając podsumowywać wycieczkę… Wcale nie spieszno nam do powrotu. Słońce jest jednak najlepszym zegarem, nie powinniśmy pływać po zachodzie słońca. Zbieramy się i w pełni zachodzącego słońca dobijamy do przystani w naszym hotelu.

Nasze prośby o brak show przy kolacji zostały wysłuchane. Ufff!

Jeszcze pogaduchy przy księżycu i śpimy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: