Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Lot do Heho, zwiedzanie licznych świątyń

03-04-2011

Poranne wstawanie prawie nas już nie przeraża. Wiemy, że loty rządzą się tu swoimi prawami i nawet nie dociekamy jak to możliwe, że zamiast lotu z naklejkami niebieskimi zostaliśmy przełożeni „telefonicznie” na dzień przed lotem na lot innymi liniami o godzinę wcześniej i mamy teraz czerwone naklejki. Ważne, że miejsce przeznaczenia jest takie samo. Mały dziś samolot ale pełen. Tylko niespełna półgodzinny lot i jesteśmy już w Heho. Tu czeka na nas pani recepcjonistka, tak się przedstawia o figlarnym imieniu Fiu – Fiu. Odbiera nas, przelicza, wręcza tabliczkę z ESTĄ młodzieńcowi, który prowadzi nas do bramy. Tu przekazuje nas kolejnej pani, tym razem przewodniczce Win. Oj zapowiada się ciężki kawałek chleba. Ale nie poddajemy się. My już w autobusie, zaraz dotrą do nas bagaże. Miało być chłodno, a mimo wczesnej pory mamy ok. 30 stopni. Jedziemy. Oczywiście tereny bardzo zielone i wiejskie. Prace wre na polach. Dlatego korzystamy z każdej okazji do zdjęć. Najpierw wylegamy na grządki z ryżem, potem szukamy bydła wodnego, wreszcie fotografujemy kąpiące się dzieciaki.

Nasza pani przewodnik zamiera ze strachu widząc nasze fanaberie i chęć biegania po wąskiej ulicy w przód i w tył. Piękne ujęcia. Tak zielono dookoła.

Upycham po drodze klasztor. Tu ciekawe momenty już przy studni, mnisi i nowicjusze golą sobie głowy, szorują nawzajem plecy, myją całe ciała. Potem piorą swoje szaty. Chętnie pozują do zdjęć. W samym budynku pojedynczy mnisi. Jest leniwa niedziela. Z sypialni mnichów rozlegają się podniesione głosy. Nie musimy pytać przewodniczki czy wolno nam tam wejść. Zapytani nowicjusze chętnie przystają na naszą prośbę i zapraszają nas do siebie. Leżą na podłodze i leniuchują. Inni słuchają muzyki. Jeszcze inni czytają książki. Czas na przystań. Dzielimy się na 4 łodzie, jedna dodatkowa tylko na nasze walizy. Pędzimy po Jeziorze Inle. Nasz hotel zaskakuje wszystkich. Jest przepięknie położony, domki na wodzie. Przestronne pokoje, drewniane wnętrza. Super, do tego sceneria. Naprawdę bardzo się nam tu podoba. Ale nie cieszymy się zbyt długo tymi widoczkami, przed nami zwiedzanie. Porzucamy wygody dla kolejnych dziesiątek stup i pagód. Słońce grzeje niemiłosiernie wyszukując każdy skrawek naszych odsłoniętych ciał. A nawet te posmarowane fragmenty się zaczerwieniają.

Miss czerwonych kolan na koniec dnia został Zbyszek F., choć i Jarek startował jako mocny konkurent w tej kategorii. Reszta to spieczone ręce: Zbyszek L. i Staszek. Wśród dekoltów mamy Anię.

Płyniemy po jeziorze, robimy dziesiątki zdjęć, na niebie pojawiły się białe pojedyncze chmurki. Mamy sieci rybackie, rodziny w słomianych kapeluszach, warzywa, owoce, trzcinę przy brzegu. Docieramy do pływających ogrodów. Potem przerwa na lunch. I na sam koniec pagody i stupy. Długi spacer i kolejna okazja do zakupów.

Handlujemy się z coraz większą wprawą.

Wracamy przed zachodem słońca. Rozsiadamy się na tarasie widokowym i czekamy. W szklanicach lokalna whisky. Piękny widok.

Kolacja na 19.30. Niestety mimo tego, że chcieliśmy ominąć tutejsze występy nie udało się nam to. Grupa artystyczna specjalnie przesunęła sobie występ by poczekać na nas. Stanowimy największą grupę w hotelu. O zgrozo. Nie udaje się nam zamienić ani jednego słowa. A kiedy na scenę wpada ni to baran ni coś kudłatego ryczymy ze śmiechu. Oczywiście doceniamy starania, ale po 10 „showach” na trasie mamy ich już dość… Jutro obiecują nam, że show nie będzie. Oby…


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: