Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Lot do Mandalay, Amarapura

01-04-2011

Wstajemy znowu dość wcześnie, a to za sprawą porannego lotu z Bagan do Mandalay. Tym razem nasze bagaże jadą razem z nami. Zbyszek F. zasiał we mnie ziarno niepokoju zgłaszając w imieniu grupy chęć zmiany programu i przyspieszenia plaży. Oczywiście 1 kwietnia dał mi nadzieję, że to jednak żart. Ale przez chwilę niepokój nastąpił.

Ruszamy spod hotelu. Jeszcze pani z recepcji ściga nas za jakieś braki, wyjaśniamy wszelkie zamiany i podmiany w pokojach i lotnisko. Tu ekspresowa odprawa. Bez paszportów, ważne są tylko bilety. Bagaże w dwóch rzędach na środku hali odlotów. Karty pokładowe bez żadnych przydzielonych miejsc. Każdy z nas dostaje po naklejce i kontrola bagażowa. Jarek I Zbyszek F. zostają cofnięci. W ich bagażach znaleziono coś podejrzanego. Najpierw myślałam, że to głowy Buddy, które obaj nabyli wczoraj, ale te mają przy sobie. Chodzi o figurki siedzącego Buddy. Zakupy były w Laosie i gazeta , w którą owinięta jest figurka Jarka przekonuje ostatecznie panów celników, których w międzyczasie zebrało się chyba z sześciu o „starym” zakupie. Zbyszek nie musi nawet otwierać walizki. To dopiero szczegółowa kontrola.

W hali odlotów znowu wraca temat zamiany programu na plażę. Uff, okazuje się że to tylko misternie uknuty spisek przeciwko kierownictwu. Plotki przy basenie wieczorną porą musza zaowocować nowymi pomysłami. Teraz już śmiejemy się wszyscy – Prima Aprilis. Nagle zryw i wszyscy pędzą do wyjścia. Odwrót to jeszcze nie nasz samolot, teraz pakują na pokład naklejki czerwone, a my jesteśmy niebieskie, albo na odwrót. Ale i na nas przychodzi kolej. Przypadkowe miejsca na pokładzie i tak Staszek rozsiada się przy oknie w pierwszym rzędzie, a obok niego dwaj mnisi. Oczywiście nie może odpuścić takiej okazji do zdjęcia. Mnisi są rozmowni i chętnie wypytują skąd jesteśmy, oni wracają do siebie. Pochodzą z Mandalay.

Czekamy na bagaże. Hmm, taśma ruszyła, wypluła kilka walizek. Potem wszystko stanęło. Reszta przyjechała po dobrych kilkunastu minutach na wózkach. Ale nadal brakuje nam dwóch walizek. Czekamy. Edek i Mariusz znaleźli nawet czas na papierosa, Marek poznał miłą Panią ze Szwajcarii, która teraz sympatycznie wymienia uprzejmości z całą grupą, także czekając na swój bagaż.

A walizek jak nie było, tak nie ma. Brakuje nam walizek Jarka, Zbyszków. Nagle panowie bagażowi wchodzą do otworu skąd na taśmę podawane są walizki. Okazuje się, że taśma została zablokowana jednym z naszych bagaży. Ręcznie muszą je teraz wydobyć i podać na taśmę. Ale ostatecznie wszystko w komplecie.

Na lotnisku czeka na nas już nasz przewodnik. Zgodnie z umową najpierw zwiedzanie. Przejeżdżamy za miasto. Zwiedzamy Amarapurę, niegdyś stolicę. Spieszymy się by zdążyć na karmienie mnichów. Jesteśmy jedną z pierwszych grup. Mimo sezonu w pełni dzisiaj nie jest zbyt tłoczno. Mamy dość czasu by obejść cały klasztor. Zaglądamy do kuchni. Potem ustawiamy się wzdłuż drogi przemarszu mnichów i czekamy na początek ceremonii. Niezwykle barwne widowisko. I do tego bardzo sprawnie zorganizowane. Wytrwale czekamy do końca, by móc sfotografować także jadalnię. I my dorzucamy do misek mnichom słodycze, przybory szkolne i pieniądze. Teraz czas na most tekowy. Ale po drodze na skrzyżowaniu napotykamy barwną kawalkadę samochodów. Na otwartych przyczepach wystrojone dzieciaki, zarówno chłopcy w swoich tradycyjnych strojach stylizowanych na stroje księcia jak i dziewczynki w pełnym makijażu i koronach. Szybko podejmujemy decyzję – jedziemy za nimi. Nasz wielki autobus musi się trochę natrudzić by zgrabnie zakręcić i udać się w pogoń za samochodami, ale jak się okazuje nasz kierowca jest bardzo wprawny i bardzo szybko wciskamy się w sam środek kawalkady ku zadowoleniu i dzieciaków i rodziców. Towarzyszymy całym rodzinom aż do najbliższej świątyni. Ewa i Edek rozdają Maluchom lizaki, słodycze i maskotki. Robimy mnóstwo kolorowych zdjęć. Mieliśmy szczęście by być świadkami takiego uroczystego święta.

Teraz czas na most. Tu już bardzo gorąco, ale nie przeszkadza to nam w robieniu zdjęć. Wyczekujemy na najlepsze momenty, a że most łączy dwie wioski i w każdej z nich są klasztory co po raz pojawiają się na moście mnisi w swoich szkarłatnych szatach, panie z owocami i warzywami, ludzie z rowerami. Maszerujemy i my w poszukiwaniu pięknych ujęć.

Wracamy do Mandalay. Czas na lunch. Znajdujemy lokal nowoczesny z bardzo smacznym jedzeniem. Potem zasłużony odpoczynek w hotelu. Niedługi bo cały czas niezniechęceni brakiem pięknych zachodów słońca i tym razem wybieramy się na wzgórze górujące nad miastem. Zachodu jak zwykle nie będzie, ale za to ile wrażeń. Nasz duży autobus zamieniliśmy na dwie taksówki – pick upy. Właściwie po tylu dniach w Azji byliśmy gotowi jechać jednym autem, ale gościmy się tu po królewsku. Auta więcej rzeczy i guzików nie miały niż miały, ale radziły sobie wyjąc i warcząc całkiem dobrze z kolejnymi zakrętami i dość ostrymi podjazdami. Na górze znaleźliśmy piękny tron dla generałów, przymierzyliśmy się do niego, zanim pogonił nas pan ochroniarz. Potem z widokiem na więzienie omówiliśmy sobie sytuację polityczną Birmy i dzielnie pieszo zeszliśmy do taksówek. Jako że targu nie było zamieniliśmy go na jeszcze jedną świątynię. Weszło nam już w krew zwiedzanie świątyń i pagód od rana do nocy.

Kolacja bardzo wyborna w hotelu. Zrezygnowaliśmy z kolejnego show. Za to jedzonko pyszne. Każdy z nas odkrywał w zakamarku kolejne pyszne danie, a reszta z pełnym entuzjazmem mu wtórowała i tak największą furorę zrobiły żeberka, naleśniki i lody.

Ja odkryłam fantastyczne Spa i dałam się wymasować i naoliwić miodem i olejkiem migdałowym. Żyć nie umierać.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: