Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 6-25.02.2011

Szaszemene, społeczność Rasta, targ, przystanek nad jeziorem

16-02-2011

Budzi nas … deszcz. W nocy była nawet burza. Teraz pada i to dość mocno. Na tarasie nawet tworzy się kałuża, niebo mocno zaciągnięte chmurami. Tego się nie spodziewaliśmy. Spotykamy się na śniadaniu – najlepsza jak dotąd jajecznica.

Pierwszym przystankiem dzisiaj jest Szaszemene i społeczność Rasta. Na czele stoi kustosz tutejszego muzeum, który na haju oprowadza nas z dumą prezentując wszelkie fotografie. Jest bardzo wesoły i ledwo trzyma się na nogach. Jego młodsi koledzy wyglądają bardzo podobnie. Stworzyli wspólnie mały kościół – kaplicę i teraz za wszelka ceną domagają się zawyżonych datków. Niełatwo się od nich uwolnić. Idziemy przez wioskę do lokalnego sklepiku z koszulkami w stylu rasta. Kilka drobnych zakupów i wracamy do samochodów. Kolejny przystanek to lunch. Zanim jednak tam dotrzemy zatrzymujemy się w wiosce, gdzie jest dzisiaj targ. Dzielnie wychodzimy z naszych aut tylko z aparatami. Na początku cebula i ananasy. Z każdym kolejnym krokiem grupa nas białych przyciąga coraz więcej lokalnych dzieciaków. Robi się dość gęsto. Nagle jak spod ziemi pojawia się samozwańczy policjant, który wielkim kijem opędza dzieciaki. Nie na wiele się to zdaje. Kiedy wkraczamy w dystrykt z tefem a potem bananami i trzciną cukrową jest już naprawdę ciasno. Dzieciaki pokrzykują, zaczynają nas popychać, szukają po kieszeniach pieniędzy, próbują zdejmować zegarki. Nie jest bardzo przyjemnie. Nie ma się jak od nich uwolnić, tym bardziej, że z każdej strony nadbiegają kolejne. Nasz przewodnik znajduje jeszcze chwilę by kupić nam słodkie banany, ale widząc co się dzieje uzbraja się w kij i sam próbuje nam pomóc odganiając na bok maluchy. Będą i tak towarzyszyły nam do samego końca, nawet nie próbujemy rozdawać czegokolwiek. Wciskamy się do samochodów i z trudem zamykamy drzwi. To był istny survival.
Lunch i kolejny odcinek drogi. Przy kolorowym domku Habija robimy przystanek na zdjęcia. Udaje się nam nawet wejść do środka. Dom wygląda na bardzo nowy i duży. Zbiera się natychmiast pół wsi i każdy chce mieć zdjęcie z nami, bez nas, obok nas.
W planach mieliśmy odwiedzenie jeszcze dzisiaj plemienia Dorze i ich niesamowitych na wzór ula budowanych domków, ale nie zdążymy dotrzeć do wioski przed zachodem słońca. Dlatego robimy dziś przystanek nad jeziorem a jutro odwiedzimy Dorze. W hotelu kolejna niespodzianka zmieniono zamówienia na liczbę pokoi i musimy w mieście znaleźć jeden pokój, którego brakuje. Na kolacji jesteśmy już jednak w komplecie. Jedzenie bardzo smaczne, wraz z nami zajadają się koty. Padamy ze zmęczenia. Dobranoc.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: