Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Nowa Zelandia i Australia 27.10.- 23.11.2011 (27)

Fox, wejście na lodowiec, przejazd do Queenstown

10-11-2011

Gotowi do drogi zbieramy się na parkingu. Przepakowujemy się tylko do dwóch aut, bo Aniołowie mają ciut inny program niż my i zostają dłużej w hotelu. A my przeskakujemy zaledwie 20 kilometrów do miejscowości Fox bo na dzisiaj w planach wejście na lodowiec. Po doświadczeniach na Tongariro Crossing wiemy jak się przygotować i każdy z nas ubrany na cebulkę: kalesony, getry, spodnie na spodnie, t-shirty, bluzy, kurtki, płaszcze i nic to, że piękna pogoda na zewnątrz, my wiemy swoje na pewno na górze będzie zimno.

Docieramy na miejsce, meldujemy się w recepcji i idziemy do przebieralni. Tu spotyka się z nami nasz przewodnik Dan, Szkot z dużym doświadczeniem wspinaczkowym i ogląda najpierw nasze buty górskie. Żadne z nich nie zdają egzaminu oględzin i musimy wypożyczyć miejscowe lepiej przygotowane do raków, które będziemy musieli założyć podczas wejścia.
Jesteśmy gotowi, Dan pytany o pogodę na górze, uspakaja, że na pewno będzie ciepło. Okazuje się, że ostatnie trzy dni lało tu jak z cebra i mamy szczęście, bo dzisiaj słońce od samego rana. Jesteśmy gotowi, pakujemy się do autobusu i podjeżdżamy do miejsca gdzie zaczniemy nasz marsz. Chyba wszyscy przygotowani byliśmy na dużo więcej i na pewno bardziej forsownie. Dan natomiast zaopiekował się nami bardzo troskliwie, przespacerował z nami po trasie idąc bardzo wolno i rozważnie aż nam to tempo przeszkadzało…
Weszliśmy na lodowiec, każdy z nas był na nim po raz pierwszy, poznaliśmy z bliska rozpadliny, młynki, zobaczyliśmy strumienie z topiącego się lodu. Pochodziliśmy po lodzie i nabraliśmy dużego respektu do gór. Po około dwóch godzinach przyszła pora na powrót. Tym razem okazało się, że przedobrzyliśmy jeśli chodzi o strój i ilość warstw na sobie. Było bardzo ciepło i słonecznie, wymarzona pogoda na Tongariro Crossing… Za późno.
Czas na zasłużony lunch w miasteczku albo po drodze.
Jedziemy do stolicy sportów ekstremalnych Queenstown.
Część z nas delektuje się kawą już na miejscu, inni robią przystanki po drodze. I tak nie sposób pokonać całego odcinka drogi bez żadnych postojów. Po drodze jeziorka, łąki, pastwiska, kwitnące krzewy, morze, zatoczki, klify. Większość obrazków to kartki pocztowe jakie najczęściej kojarzą się nam z Nową Zelandią. Błogie widoczki i piękne bardzo malownicze krajobrazy. Przystajemy w punktach widokowych – robimy zdjęcia. Jest co podziwiać.
Docieramy do naszego apartamentowca jeszcze przed zachodem słońca. Mieszkamy nad samym jeziorem z bardzo ładnym widokiem na wodę. Kwaterujemy się, część z nas już dojechała, czekamy na ostatnie auto Rysia.
W międzyczasie postanawiamy wybrać się na zwiady do miasteczka, zaskakuje nas atmosferą, przypomina trochę Sopot trochę Zakopane. Dużo młodzieży, sklepiki z pamiątkami, bardzo malownicze nabrzeże z knajpkami i restauracjami. Ja jeszcze w Polsce w ostatnim numerze Travelera wyczytałam o rekomendowanej knajpce właśnie w Queenstown serwującej ekstremalnie duże burgery. Pytamy miejscowych z kartką z gazety w ręce o to miejsce, kiwają z przekonaniem głową dodając komentarz, że są najlepsze na świecie i maszerujemy. Knajpy nie sposób ominąć, sporo kolejka wychodzi aż na zewnątrz. Nie tylko młodzież. Wybieramy z bogatego menu cztery pozycje, rekomendowane małe jagnię z sosem miętowym, słodkiego jelonka z sosem śliwkowym i dwa tradycyjne burgery z wołowiną. Mamy numer 45, a podsłuchujemy że obecnie wydaje się zamówienie o numerze…10. Mamy co czekać. Zajmujemy miejsca przy tylko dwóch stolikach na zewnątrz i czekamy, a jednocześnie głodniejemy z minuty na minutę.
Wreszcie i my dostajemy nasze upragnione burgery, piękne, duże, zgodnie z zapowiedzią Travelera niczym dłoń Pudziana.
Pychota, postanawiamy powtórzyć wizytę tutaj jutro.
A teraz z zakupami wracamy do apartamentu.
Nadal brakuje nam Aniołów, Rysiów i Basi. Łapię ich telefonicznie, są już blisko miasta, prócz postojów widokowych znaleźli knajpkę po drodze, gdzie jedli najlepszą jagnięcinę a były też małże zielonouste. Spotykamy się już na miejscu.
Dobranoc,


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: