Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Nowa Zelandia i Australia 27.10.- 23.11.2011 (27)

Przelot do Ayers Rock, góra Uluru

18-11-2011

A dzisiaj jak na złość niebieskie niebo nad miastem. To niesprawiedliwe… Zbieramy się przed hotelem, nasi kierowcy odbierają auta z parkingu i podjeżdżają pod samo wejście byśmy mogli się zapakować. Maciek rusza pierwszy, potem B. i Rysio. Jedziemy na lotnisko, nie jest daleko ale najpierw trzeba wyjechać na autostradę prowadzącą na lotnisko. A do tego szukamy jeszcze stacji benzynowej, bo musimy się dotankować. Niestety przy autostradzie nie ma żadnej stacji. Dlatego tuż przed samym wjazdem do konkretnych terminali zawracamy i znajdujemy stację. Potem powrót do wypożyczalni. Tu zdajemy autka, oględziny, i ruszamy na płytę do hali odlotów.

W planach przelot z Sydney do Ayers Rock, kolejne trzy i pół godziny w powietrzu i znowu zmiana czasu, teraz o półtorej godziny cofamy nasze zegarki. Chyba już nikt nie wie która jest teraz w Polsce.
Ale najpierw musimy się dostać do samolotu, tu samoobsługowe kioski do odprawy, nadajemy bagaże i kontrola bagażu podręcznego. Jest jeszcze chwila do odlotu szukamy śniadania.
Lot mija szybko. Nad samym Ayers Rock kto siedział przy oknie po lewej stronie miał widok na Uluru. Pięknie prezentuje się z góry.
Po raz kolejni jesteśmy zachwyceni jak szybko bagaże trafiają na taśmy. Czasem mamy wrażenie, że jesteśmy dużo później niż nasze bagaże.
Kolejna wypożyczalnia i kolejne autka. Tym razem jedna Kia i dwa duże Hiundaye. Od razu ruszamy do naszego hotelu. Żarty się skończyły, temperatura wzrosła o dobre 25 stopni w porównaniu z Sydney. Już przy wyjściu z samolotu poczuliśmy gorący podmuch rozgrzanego powietrza. Dookoła pojedyncze eukaliptusy i dęby pustynne, czerwona ziemia i bezkres. Tylko Uluru dumnie i majestatycznie króluje nad całą okolicą, jest widoczne z każdego miejsca, podobnie jak Olgas – inny niegdyś podobno jeszcze większy niż Uluru monolit.
Jest bardzo gorąco, dlatego rozpracowujemy mapy okolicy i najpierw mała przerwa, lunch i kawa. Potem rozjeżdżamy się w ramach samochodów. Auto Rysia wybiera dzisiaj zachód słońca w Olgas, i tam po drodze kilka przystanków, spacer do wąwozu.
My i Mariusze decydujemy się na start od Uluru. Już w drodze do góry mnóstwo przystanków na zdjęcia. Skała jest wielka, czekamy na zachód słońca. Niestety dzisiaj nie tylko my będziemy zawiedzeni. Zachód jest i to bardzo punktualny ale za chmurami, skała nie ma się jak rozżarzyć.
Siedzimy jednak wytrwale do końca w oczekiwaniu, że jakiś promyk słonka prześlizgnie się przez gęstą zasłonę chmur i go rozświetli. Na próżno.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: