Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Nowa Zelandia i Australia 27.10.- 23.11.2011 (27)

Waitamo, nocleg na farmie

01-11-2011

Tu pierwszy listopada nie ma znaczenia, choć pogoda dzisiaj przypomina, że to raczej smutny dzień. Leje jak z cebra. Całą noc deszcz dzwonił nam o szyby i dach, a teraz niestety wcale nie jest lepiej. Ale kiedyś przy tak długiej wyprawie deszcz i tak by nas zmoczył, więc dobrze, że wybrał sobie dzień jednego z dłuższych przejazdów. Z dalekiej północy musimy przedostać się aż za Auckland w okolice Waitomo. Po śniadaniu formujemy kolumnę. Prowadzi dzisiaj samochód Mariusza. Jako jedyni wczoraj odkryli krótsza drogę z promem i przez to uniknęli szutrów. Góry zamglone, szaroburo za oknem, ale ciepło. Musimy zjechać z trasy, bo mamy na pokładzie pierwsze dolegliwości żołądkowe, ale nie ma przypadków i dlatego w Kawakawa korzystając z okazji oglądamy miejsce , gdzie na emeryturze mieszkał ale i tworzył Hundertwasser. Pamiątkowe zdjęcia przy toaletach, które tu zaprojektował i zatankowani ruszamy dalej. Już tylko w kolumnie dwuczłonowej, ale ponieważ wcześniej ustaliliśmy miejsce zbiórki na trasie gonimy Maćka M., który prowadził dzisiaj maraton. Spory ruch na trasie, oczywiście jak na Nową Zelandię, wyjechało dużo ciężarówek, ale i tak jedzie się bardzo przyjemnie. Z dala rysuje się już panorama na Auckland, pokonujemy słynny most i pogoda się poprawia, widać nawet słońce. Niestety już po kilkunastu kilometrach znowu pada. Zjeżdżamy na dużą stację i tu lunch oraz dobra kawa . Przed nami ostatni odcinek drogi, jedziemy wspólnie.

Na życzenie Zosi dzisiejszy nocleg znalazłam na farmie. Wcale nie było to bardzo proste, bo większość tutejszych noclegów gościnnych u rodzin nowozelandzkich proponuje jeden, co najwyżej 2 pokoje a my jesteśmy aż w 13. Ale po długich poszukiwaniach nawiązałam kontakt mailowy z jedną z rodzin w Pirongia i Ci, jako jedyni znaleźli rozwiązanie i zaproponowali u siebie 5 pokoi, zajęliśmy tym samym cały ich dom, a dwa pokoje wynegocjowali z sąsiadami, prowadzącymi także farmę i pokoje gościnne. Docieramy na miejsce. Maleńki domeczek bardzo ukwiecony, na pastwisku owieczki i bydło. Jest stawek, kamelie, kalie, różaneczniki, chabry, maki, pierwiosnki, wiosna w pełni. Pani domu wita nas w progu i zaprasza do środka, pokazuje swoje pokoje gościnne i zaprasza na kawę i herbatę oraz babeczki. Mamy okazję by wypytać ich o tutejsze życie, potem obiecane spotkanie z owieczkami i bydłem. Gospodarz to farmer przez duże F, dwoi się i troi by nam dogodzić, możemy nawet potulić owieczki, z czego wielu z nas korzysta. Czas na krótką rozłąkę nasz samochód jedzie do sąsiadów. Tu okazuje się, że trafiamy do absolutnych koniarzy. Powitanie już daje nam jasno do zrozumienia, kto się tu liczy. Jak się potem okaże właściciel powitał nas przy wjeździe kiwając głową tylko i pokazując ręką dokąd mamy jechać nie przestając tulić się do dwóch wielkich fryzów, które wprowadzał do boksów. Na końcu drogi była mała chatka, pukamy, nic, wchodzimy nic, halo – jest tu kto? Słychać z daleka głos pani domu – dajcie mi 10 sekund. Pewnie się szykuje… Nic bardziej mylnego, wreszcie kroczek po kroczku lądujemy w salonie, a tam niezły widok. Wszystko upstrzone końmi, pani siedzi na kanapie, w ręce talon z zakładami i długopis, a na ekranie wielka gonitwa na żywo z Melbourne. To wszystko. Na szczęście gonitwa była krótka, pani nic nie wygrała, a my dostaliśmy jednak miejsce do spania. To jest pasja.
 
Kwaterujemy się i ustalamy detale co do kolacji. Szybko zbieramy zamówienia i nasza gospodyni zabiera się za przygotowania, szybkie zakupy i za kilka chwil na stole lądują największe porcje świata z kurczakiem, jagnięciną, wołowiną a nawet wieprzem. Zajadamy się przy nowozelandzkim winie i piwie. Gospodarze nie zmieścili się przy wspólnym stole i siedzą na kanapie. Proponują nam film o wyspie Południowej i koniach. Z grzeczności przytakujemy, i co za niespodzianka, okazuje się że głównym bohaterem filmu jest nasz gospodarz i jego konie. Rozglądamy się po pokojach i całym domu. Mnóstwo nagród w powożeniu, skokach, biegach. Konie zdominowały tu każdy kąt. A na półce w salonie kufel z Poznaniem ? Co on tutaj robi? Zaraz tajemnica się wyjaśnia. Pan znalazł w Internecie namiary na polskiego producenta dorożek i nawiązał z nim kontakt. Na tyle dobre to były dorożki i na tyle korzystne cenowo, że obaj panowie współpracują ze sobą, zamówione karoce w kontenerach przypływają tutaj aż do Nowej Zelandii, a rodzina u której jesteśmy bywa w Polsce, zna Gdańsk i Poznań oraz uwielbia Polaków. Czy można było trafić lepiej? Wypytujemy o hobby, które stało się całym życiem. A. jest w siódmym niebie, ubóstwia konie, a te może poprzytulać z bliska. Umawiamy się na przejażdżkę jutro po wsi wozem.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: