Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Zakaukazie 26.04.-14.05.2012

Ogród botaniczny, kościół, wieża widokowa, spacer promenadą

02-05-2012

6:00 – Niestrudzone Bogusia i Mariolka wstały jak zwykle wcześniej niż wszyscy, by przygotować się do śniadania. Dzień przywitał je jednak niemiłym akcentem – brak wody w łazience. Mariola odważnie zadzwoniła do recepcji ćwicząc swój angielsko – rosyjski, jednak dowiedziała się, że to jakaś awaria. Godzinę później, gdy zgodnie z codziennym rytuałem ja zrywałam się z łóżka, Mariolka zapukała do moich drzwi pytając o radę. Sprawdziłam swój kurek od wody – nic! Oznaczało to, że awaria dotyczy całego miasta i była to prawda.. – jednak ku naszej radości o 7:10 woda wróciła do normy i udało nam się spokojnie umyć.

Kolejna niespodzianka spotkała nas jednak na śniadaniu, gdy okazało się że Gruzini 8:30 na śniadanie odczytali jako 8:45 i gdy ich delikatnie popędziliśmy, czas oczekiwania na otwarcie stołówki przeznaczyliśmy na poranną rozgrzewkę bazującą m. in. na ćwiczeniach rozgrzewających do jogi, które pokazał nam Dawid. Ufff, o 8:45 otworzyli nam wrota i mogliśmy spokojnie się najeść.
Dziś dzień zastępczy za Mestię – Swanetia okazała się nieosiągalna dla nas, gdyż jest to teren wysokogórski i bardzo często pogoda nie pozwala na bezpieczny przejazd. Tak było i tym razem.. Mamy więc dzień dłużej w Batumi oraz Kachetii. Jaki plan na dziś?
Zaczęliśmy od ogrodu botanicznego. Gruzini nie nauczyli się jeszcze organizacji w sprawach papierkowych, jest więc jak na filmie. Czeka się minimum 15 minut, zanim ochroniarz obiektu załatwi sprawy formalne z przewodnikiem lokalnym, który następnie musi podpisać papier o naszym przybyciu w budynku administracji, gdzie również panuje chaos itd. Itd. Próbujemy się przyzwyczajać, choć jak wiadomo nie jest to łatwe. Udało się! Dokumenty podpisane, a my dumni, że przeszliśmy cały odcinek ogrodu – 3,5 km, podziwiając roślinność wysokogórską, sady owocowe, rośliny z Azji, Ameryki, Australii.
W planach miało być delfinarium. W zasadzie nikt z nas nie był bardzo za tym pomysłem, gdyż każdy widział już pokaz delfinów, więc gdy dowiedzieliśmy się, że jest ono zamknięte, mogliśmy spokojnie wykorzystać czas na inne punkty programu. Zaproponowałam dwie świątynie i wieżę widokową. Tak oto przyjrzeliśmy się skromnemu, XIX wiecznemu meczetowi, XX wiecznemu kościołowi katolickiemu, wykorzystywanemu obecnie jako cerkiew oraz wspięliśmy się na punkt widokowy na wieży, z którego widać było panoramę całego miasta.
Później zaczęły się schody. Miała być poczta i kartki, okazało się, że Gruzini  pocztę zniszczyli i chwilowo jej brak, był więc spacer po centrum w poszukiwaniu suwenirów, udało się zakupić gruzińską książkę kucharską, kilka pocztówek. Reszta w Tbilisi! Tam jest pewność, że znajdzie się pamiątki!!
Kierowca i Dawid wzięli sobie za honor to, że musimy spróbować dziś Paklawę – gruziński deser – ciasto francuskie przekładane masą orzechowo – miodową, z dużą zawartością tłuszczu. Zaczęły się więc poszukiwania, które trwały dość długo i wprowadzały nas w atmosferę czarnego humoru. Udało się, Paklawa się znalazła, choć zakupiona cudem, gdyż Pani stojąca przede mną, pokaźnej tuszy, chciała zakupić całą blachę tego przysmaku, ale odstąpiła mi 7 kawałków dla grupy. Ciastka zjedzone w restauracji na Placu Głównym Batumi. Zamówiliśmy kawę i herbatę, jednak byliśmy nie lada zjawiskiem dla kelnerów tejże restauracji, których było dwa razy więcej niż nas, a my byliśmy jedynymi klientami na cały plac. Na każdego z nas przysługiwał więc co najmniej jeden kelner. Stali nad nami, obserwowali i gdy tylko pojawił się jakiś papierek, bądź ktoś wypił część herbaty, zaraz podchodzili by sprzątnąć, dolać, coś przynieść. Wywołało to w nas salwę śmiechu, gdyż przy realiach gruzińskich takie zachowanie było nietypowe, a nawet przy realiach europejskich często nie troszczą się o nas tak, jak tu to robili. Podziękowaliśmy za miłą obsługę i poszliśmy w dalszą drogę.
Zrobiła się godzina 18:15. Sklepów z souvenirami brak, nabraliśmy więc ochoty na dłuższy spacer. Poprosiłam Dawida, by podjechał do promenady, byśmy mogli zrobić sobie dłuższy spacer wzdłuż plaży aż do hotelu. Bardzo go rozbawiłam naszym pomysłem, gdyż dla Gruzinów niewyobrażalne jest spacerowanie 5 km wzdłuż plaży po całym dniu zwiedzania, tym bardziej w czasie wolnym. Mimo mych prób namawiania, Dawid nie dał się przekonać by pójść z nami. Poszliśmy więc sami, mijając po drodze ciekawe rzeźby, przyglądając się kamienistej plaży, morzu i ludziom spacerującym obok nas. Spacer był świetnym pomysłem! Rozruszaliśmy kości, chwyciliśmy ostatnie promienie słoneczne, zrelaksowaliśmy się.
W hotelu godzina sjesty, a wieczorem spotkaliśmy się w moim pokoju na dopijanie wina sprezentowanego przez naszego kierowcę. Symboliczne dwa kieliszki okazały się być bardzo sympatyczne, gdyż w czasie tych kilku toastów toczyły się rozmowy o życiu, wyborach, przyjaźni. Jak na Gruzję przystało – rozmowy były długie i poruszały ważne kwestie!!! Nadeszła pora snu. Jutro przed nami najdłuższa trasa – 500 km. Odezwiemy się wkrótce, tym razem już z Krainy wina – Kachetii!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: