Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 8-25.10.2012

Jezioro Czamo, plemiona, Arba Minch

10-10-2012

Uff…

Powoli wracamy do cywilizacji. Piszę tę relację w drodze z Arba Minch do Addis Abeby. Mocno trzęsie ale jakoś trafiam w klawisze. Mam nadzieję, że wieczorem znajdę dostęp do internetu i – wraz ze zdjęciami Marka – będę mógł Wam wysłać. Od wyjazdu z Warszawy minął niespełna tydzień, a wrażeń mieliśmy tyle, że wszystkim nam się wydaje, że jesteśmy tu już dobrych parę miesięcy.
Ale po kolei. Trzeciego dnia zaraz po śniadaniu pojechaliśmy nad jezioro Czamo. Już sama droga była emocjonująca – w niektórych miejscach podmokłego terenu nasze dżipy z trudem wydobywały się z błota .
Małą rybacką łódką popłynęliśmy do miejsca zwanego przez miejscowych „targ krokodyli”. Według Eli była to raczej „plaża krokodyli” – takiej ilości wygrzewających się w słońcu olbrzymich gadów (krokodyl nilowy ma 8-9 metrów długości) nikt z nas wcześniej nie widział. Podpływaliśmy do nich niemal ocierając się o ich paszcze i ogony. Jako bonus dostaliśmy 4 hipopotamy i afrykańskiego orła rybołowa. Potem przez niezwykle malowniczą, super zieloną tuż po porze deszczowej sawannę krętą, górską drogą ze wspaniałymi panoramami udaliśmy się w kierunku terenów zajmowanych przez plemię Kosmo. To rolnicze plemię buduje swoje wioski na obronnych wzgórzach a poniżej zabudowań rozciągają się tarasowe pola uprawne – cały ten krajobraz znalazł się na liście obszarów dziedzictwa kulturowego Unesco.
Koło południa dotarliśmy do terenów zamieszkiwanych przez plemię Benna i w miejscowości Key After (nie należy tego tłumaczyć z angielskiego) udaliśmy się na targ. Trudno opisać nasze wrażenie – poczuliśmy się jak byśmy byli na innej planecie. Na targ zjechali się przedstawiciele kilkunastu plemion odziani w skóry, paciorkowe naszyjniki, bransolety i … nic więcej. Dostaliśmy wszyscy oczopląsu, dopiero po paru chwilach zaczęliśmy wyławiać z tłumu kolejne barwne postacie. Intensywność wrażeń była tak duża, że panie już po pół godzinie miały już raczej dość. Część grupy udała się więc na posiłek a my z Markiem wróciliśmy na dalszą część fotograficznego safari.
Tu muszę wspomnieć o patencie Marka, który genialnie sprawdził się w całej południowej Etiopii. Marek nosi zamontowaną na piersiach małą kamerkę. Etiopczycy nie chcą, by robić im zdjęcia; każdorazowo trzeba z nimi negocjować i za każde zdjęcie płacić. I to jest problem. Nie finansowy, bo kwoty nie są wygórowane, ale taki, że po wynegocjowaniu ceny model staje jak słup soli i traci całą naturalność. Natomiast kamery Marka nie zauważał nikt; no może z dwoma – trzema wyjątkami.
Mój skromny wkład w ‘projekt ukryta kamera” to to, że w jednej z wiosek udało mi się przekonać przedstawiciela plemienia Arbore, że to nie żadna kamera, tylko naszyjnik.
Dzięki temu Marek nakręcił naprawdę fantastyczne, nie udawane filmy – o terminie emisji w National  Geographic poinformujemy.
Z trudem udało się wyciągnąć Marka z targu, ale już po parunastu minutach zatrzymaliśmy się w kolejnej wiosce – tym razem plemienia Ari. Ci okazali się bardzo mili i otwarci, dali nam pokaz formowania wyrobów z gliny i przygotowania indżery (po demonstracji przez miejscowych Beata wykonała bardzo udany placek). Był też pokaz obróbki drewna, kucia żelaznych części narzędzi rolniczych i oczywiście pokaz destylacji lokalnego alkoholu –katikala, oczywiście połączony z degustacją.
Do Dżinka – stolicy południowego regionu Etiopii dotarliśmy już po zmroku.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: