Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Ameryka Środkowa 14.02-4.03.2013

Lot do Flores

22-02-2013

No i wreszcie nastał ten dzień, pobudka przed 4:00 a o 4:00 wyjazd z hotelu. Już od kilku dni czekaliśmy na to wczesne wstawania, zapowiedziana zresztą w programie już dawno. Ale raz uratowało nas muzeum, dzisiaj bez ratunku, mamy samolot i musimy dotrzeć na lotnisko. Wszystko idzie bardzo gładko. Znowu zimno, ale nauczeni wczorajszym doświadczeniem wiemy co nas czeka potem. Samolot mały tym razem, ale wypełniony do ostatniego miejsca. Upychamy się w środku i godzinny lot do Flores mija nie wiadomo kiedy. Na miejscu czekają na nas panowie Carlos i Izais. Dziwny duet jak się okaże, najpierw chcą nas wieźć bez śniadania już do ruin, udaje się nam jednak przekonać, że źle odczytali wiadomość na swoich karteczkach. I co za ulga, że nie zdążyliśmy odjechać zbyt daleko. Smaczne śniadanie i bardzo smaczna kawa w tutejszym hotelu robią nam bardzo dobrze, przebieramy się i czekamy… na autobus, bo sobie gdzieś pojechał. Nas przewodnik choć został nie panuje nad sytuacją i nerwowo na środku ulicy wygląda kierowcy autobusu.

Dopiero interwencja w lokalnym biurze zmusza naszego kierowcę do powrotu – gdzie był? Kto to wie… Na dobre jednak gotuje mnie założenie naszego przewodnika, że dla ruin dla których przelecieliśmy najpierw pół świata, potem przygotowaliśmy się teoretycznie, dla Nowego Jorku Majów on ma aż 1,5 godziny bo ogranicza nas … pora obiadu. Koniec świata. I to naprawdę.
Trzeba działać, w białych rękawiczkach. Dobijamy na miejsce, szykujemy się do wyjścia. Ja z informacji przy ruinach zdobywam nowego przewodnika, którego pamiętam sprzed 10 lat. Już wtedy Francisco zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją wiedzą i ogromnym taktem. Nie pamięta mnie, ale pierwsze jego opowieści potwierdzają tylko, że nic się nie zmieniło i przed nami fantastyczne spotkanie z Tikal – największymi ruinami Majów na naszej trasie.
Pogoda idealna, a większość naszej trasy wiedzie przez zacienioną dżunglę, nad nami wysokie drzewa, gąszcz zieleni, małpy, ptaki, papugi. I ruiny, które odejmują nam mowę. Wspinamy się na kilka piramid, w tym na najwyższą  70-metrową. Widok niezapomniany. I choć wilgotność robi swoje, opowieści Francisco są tak interesujące że z wypiekami śledzimy kolejne obiekty i słuchamy o ich dawnej roli.
A nasz przewodnik Carlos dzielnie nam towarzyszy, nie jest oczywiście pozbawiony funkcji, którą sam sobie zresztą przydzielił. Stał się naszym tropicielem, i tak najpierw grzebie patyczkiem w mchu szukając tarantuli, potem znajduje najmniejszą orchideę w dżungli, potem wypatruje małpy, ptaki. Mamy wielki ubaw ale i dodatkowe atrakcje.
Po lunchu spacerujemy do naszego hotelu graniczącego bezpośrednio z parkiem i ruinami. Żadne cudo, ale to jedyna szansa na nocleg w tym miejscu. I tu naprawdę poznajemy na własnej skórze manianę latynoską. Wszystko trwa, choć walizki stoją tu od 4 godzin, to nikt nie pofatygował się by je roznieść po pokojach, choć byliśmy zapowiedziani, to pokoje jeszcze nie gotowe. Rozwożenie bagaży po 2 sztuki na taczce to też przeżycie. Zakup napojów maści różnej, całe przedsięwzięcie. Ale po tak udanym spacerze po ruinach przyjmujemy wszystko z uśmiechem i mamy czas na basen, ploteczki i ucztowanie w podgrupach. Kolacja a po niej kino. Udało się nam w tak dzikim miejscu znaleźć sprzęt i odtwarzacz DVD żeby zobaczyć film „Apocalipto”. I choć część z nas zna ten film już sprzed kilku lat, to oglądany tutaj, w bliskości miasta Majów, najprawdopodobniej ich starej stolicy, na wyciągnięcie ręki z tradycjami o których opowiadał przewodnik stanowi dzisiaj dla nas zupełnie inny film. Zapatrzeni przeciągamy na ile się da oglądanie, bo o 22 zapadają tutaj ciemności i wyłączany jest prąd. Udaje się nam prawie dotrwać do końca.  


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: