Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Iran 10-21.04.2013

Estera: Świątynia Ognia, Hak Hak

14-04-2013

ESTERA
Dzisiaj śniadanie nie dość, że duże to i bardzo smaczne. Zapominamy o wczorajszym. Zgodnie z prośbą naszej przewodniczki pojawiamy się ubrani w same ciemne rzeczy, mimo tego, że specjalnie nie byliśmy przygotowani, to okazuje się, że jako wytrawni podróżnicy znajdujemy w naszych walizkach coś czarnego, granatowego, szarego i prezentujemy się jako świadoma grupa chcąca uczcić rocznicę śmierci Fatimy.
To za chwilę, bo zaczynamy od Świątyni Ognia. Pusto tu i spokojnie, i wcale niekolorowo jak w dotychczasowych meczetach. Mamy sporo szczęścia, bo akurat przy nas strażnik ognia podkłada do wiecznego paleniska. Robimy zdjęcia i ruszamy za Miasto do Chak Chak. To bardzo ważne miejsce kultu dla wyznawców światła i ognia. Dziwnie niepokoi nas gdy nagle na asfaltowanej trasie nasz autobus nawraca i pakuje się pustynną drogą do ruin. Ale optymizm w naszej grupie umiera zawsze jako ostatni i niektórzy już nawet widzą w oddali miejsce do którego zmierzamy. Jola nawet proponuje wysiąść i iść spacerkiem… Oj długo by szła. Droga wiedzie środkiem pustyni, co jakiś czas któryś z naszych panów kierowców wysiada by pokazać jak najlepszą drogę by ominąć dziury i rozpadliska utworzone tutaj przez rwące rzeki pojawiające się w porze deszczowej. Ale dzielnie jedziemy dalej, napotkani przejezdni miejscowi potwierdzają, że jedziemy w dobrym kierunku.
Niepokoi nas Asia, która wraca od przewodnika z informacja, że jeszcze trochę przed nami i że dotychczas nasza Azar docierała do kompleksu asfaltem… Cóż, tłuczemy się dalej. Czas biegnie, lunch się odwleka, a świątyni nie widać. Nagle widzimy w oddali prujące samochody, te z pewnością nie gnają tak po szutrach i piachach, cóż się okazuje? Asfalt jak nic. Pod samiutki kompleks gładziutki, szeroki nawet asfalt. Ale jak dwóch kierowców w Iranie się uprze to nawet przewodniczka ich nie przekona. Tylko dlaczego to Ona nas przeprasza w ich imieniu?
Darujemy im to i idziemy zwiedzać. Przed nami ostre podejście po schodach, odwracamy głowy licząc na piękny widok na góry, a tu ku naszemu zdziwieniu góry osłonięte są już mgłą z piachu i ta zbliża się do nas w zaskakująco szybkim tempie. Zwały piachu i pyłu wirują w powietrzu, podkręcają z ziemi papiery, listki, obsypują z drzew płatki. Oj coś wisi w powietrzu. Zdążymy dotrzeć na samą górę kiedy spadnie rzęsisty deszcz. W oddali szaleje burza, grzmi i błyska się. Tego się nie spodziewaliśmy. A my na czarno pięknie oblepieni piaskowym pyłem teraz jeszcze zmokniemy, bo wszystko przeciwdeszczowe czeka na nas w autobusie… Staramy się odwlec moment zejścia do autobusu i przeczekać deszcz, ale w końcu Maciek zarządza zejście. Nie pada nawet aż tak bardzo mocno ale i tak jesteśmy przemoczeni, chlupoce nam w butach, chusty mokre, bluzki i spodnie też. W autobusie zmiana garderoby – kto ma, gorąca herbata i wracamy. Po zaledwie kilku kilometrach burza się wycisza, wychodzi słońce i po wszystkim. Zaliczamy to jako dodatkową atrakcję na dzisiaj. I wodospady, których nie było jak tu jechaliśmy i które zaraz znikną.
Lunch, ale przedtem szybka wizyta w hotelu i zmiana rzeczy na suche. Idzie nam ekspresowo. Jemy znowu same smakołyki w jednym z tutejszych hoteli. Dzisiaj dzień wolny więc i restauracji mniej otwartych ale dla nas nie ma przeszkód. Coraz bardziej cenimy walory tutejszej kuchni, warzywa, pyszne pomidory, ogórki, bakłażany, cebula, do tego sosy na bazie jogurtu. A na ciepło sosy z warzyw i mięsa, dzisiaj próbujemy sosu na słodko-kwaśno z morelami. Pychota.
Teraz następuje część relacji bez mojego udziału, za porozumieniem stron zostałam zwolniona na odpoczynek a reszta pod wodzą Maćka ruszyła na drugą część programu.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: