Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kanada i Alaska 29.05-15.06.2013

Ostatni dzień na Alasce

13-06-2013

Przed nami ostatni dzień naszego pobytu na Alasce. Opuszczamy naszą najpiękniejszą jak dotąd lodżę, niestety nie było tu miejsca na dwie noce i ruszamy w poszukiwaniu przygód. Najwcześniej wybrali się Boguś, Maciek i Wacek, którzy wczoraj po nieudanej próbie wypłynięcia na rafting od razu zarezerwowali sobie w mieście wypad na grubą rybę. Udało się nawet wykupić rejs na łososie i halibuty, a że słyszeliśmy od naszych Przyjaciół z Jamirami tylko dobre rzeczy o halibutach grzechem byłoby teraz nie skorzystać z takiej okazji. Popsuła się pogoda, może tylko rano, ale o 4:40, tak wcześnie musieli wyruszyć po raz pierwszy od dwóch tygodni było jeszcze szaro i chmury niczym gęste obłoki z waty cukrowej przykrywały szczelnie ośnieżone szczyty najbliższych gór. I tyle o grupie numer jeden, na oceanie zasięgu nie ma, wyprawa zaplanowana na 12 godzin zobaczymy się dopiero popołudniem. O 9.30 po porannej kawce i małym śniadanku rusza grupa II, tak się składa że mamy akurat auto z sześcioma miejscami więc logistycznie jesteśmy przygotowani na wszystko. My zakładamy rejs po fiordach i to tych najbardziej znanych w Parku Narodowym Kenai Fiords. Docieramy na miejsce panie z informacji proponują nam 7 godzinny rejs, który w dużej mierze ma być powtórką rejsu, który odbyliśmy już w Valdez. Pogoda w porcie niestety nie lepsza niż rano, i chociaż opuszczaliśmy lodżę w pełnym słońcu to tutaj raczej pochmurno i zimno. Jednak Ania i Kris, którzy nie byli na rejsie w Valdez, bo pływali kajakami kuszą się na rejs, my we cztery dziewczyny dezerterujemy. W tym czasie kawka w Stabucksie, jedyny jaki jest w mieście znajdujemy w centrum handlowym w wielkim sklepie spożywczo-chemicznym i delektujemy się kawką pośród pieluch, mokrych chusteczek, itd. Tu spotykamy się z pozostałymi uczestnikami naszej wycieczki, którzy wykwaterowali się ciut później z lodży i teraz robią ostatnie zakupy. Nie mają żadnych wielkich planów na dzisiaj, postanowili odpocząć. My wpadamy jeszcze na chwilę na mały spacer do miasta, by znaleźć pamiątki z Alaski, ale mamy zbyt wielkie oczekiwania. Sklepików sporo, ale każdy z nich oferuje to samo. Beata za kierownicą jedziemy w poszukiwaniu naszej lodży na ostatnią noc. Zajmujemy pierwsze gotowe pokoje i ogłaszamy krótką sjestę. Chyba pogoda wie, że jutro wracamy do kraju, idealna jak dotąd dzisiaj postanowiła się popsuć. Leje jak z cebra i jest bardzo zimno. Na szczęście jak to w górach i do tego na Alasce taka aura szybko mija i chwilę po 16 kiedy ruszamy po odbiór naszytego Koleżeństwa do Seward świeci piękne słońce, szczyty widoczne jak na dłoni a dla nas jakby całkiem nowa trasa.

Najpierw panowie wędkarze, dumni z siebie bardzo, połowy fantastyczne. Byli we trójkę sami na łodzi, pan kapitan zadbał o dobre miejsca, i mimo ziąbu na łodzi, mimo choroby morskiej Maćka połowy bardzo obfite. Dwojakiego rodzaju ryby jadalne: halibuty i rockfish zostały zabrane do portu. Teraz w reklamówce mamy świeżusieńkie filety z rybek dla całej grupy i nazwę lokalu, który mamy znaleźć a w którym ta ryba zostanie przygotowana. Zanim jednak odbierzemy zadowolonych z rejsu Anię i Krisa pierwsze zdjęcia i nagrania kamery z połowu. Chłopaki nawyciągali się mnóstwo ciężkich halibutów, rekordową rybę wyjął Boguś, już teraz mówią o posiniaczonych udach lub pachwinach, w zależności od techniki opierania wędki przy wyciąganiu ryby i zakwasach w rękach. Mieli także jednego małego rekina, który wylądował w wodzie i jedną wielką płaszczkę, tej także darowywano życie. Nie obyło się bez elementów zaskoczenia, kiedy to największy halibut nie tylko został nadziany na harpun ale jeszcze dodatkowo zastrzelony, czytaj i rozum dosłownie zastrzelony przez pana kapitana z broni, którą miał w kieszeni…  Po prostu USA.
Ania i Kris zauroczeni rejsem, niestety brak słońca spowodował, że zmarzli i to mocno, bo prawie nie chowali się pod podkład tylko dzielnie korzystali z widoków na otwartym powietrzu. Widzieli bardzo dużo humbaków, foki, maskonury, pingwiny, wydry, orły. I udało im się podpłynąć bardzo blisko do czoła lodowca. Zdjęcia cudne. Zaraz wrzucimy ich przegląd do galerii.
Póki co jednak w restauracji wybieramy opcję z rybą na głębokim tłuszczu z sosem tatarskim, a drugą jej połowę z grilla. Ucztujemy przy suto zastawionym stole, genialny halibut, przepyszny i bardzo świeży. Dogadzamy sobie, nie mogliśmy wymyśleć lepszej kolacji pożegnalnej. Czas na powrót do lodży, część ryby niezjedzonej przez nas w restauracji zabraliśmy dla naszej czwórki, która czeka w lodży, na wynos. Mają okazję skosztować połowu.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: