Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kanada i Alaska 29.05-15.06.2013

Victoria, rejs w poszukiwaniu orek, powrót do Vancouver

04-06-2013

Był prom o świcie, ale z niego zrezygnowaliśmy, wybieramy drugi i dobrze, słońce mimo zaledwie 12 stopni rano zapowiada piękny bardzo wiosenny dzień, wypadamy na trasę wylotową z miasta i jedziemy do portu. Po drodze mały korek, ale czasu mamy akurat z zapasem i docieramy na miejsce w samą porę. Tu standardowo już wizyta w centrum informacji turystycznej i decydujemy o kolejności zwiedzania. Najpierw ogrody, piękne, wszystko bardzo pracochłonnie wypielone, zadbane, wypachnione, wszystkie roślinki dobrane kolorystycznie i wielkością dopasowane by tworzyć zielone kaskady. Bilety nie kosztują mało, park wewnątrz, czyli napoje i lody do najtańszych też nie należy ale warto tu być i to zobaczyć. Tym bardziej teraz kiedy wszystko kwitnie, azalie, tulipany, wielkie maki. Pierwsze róże, lewkonie, miodowy zapach miesza się ze słodką wonią innych kwiatów i krzewów. Obchodzimy cały park i pełni werwy ruszamy do samej Victorii. Spacerujemy tu bo miasteczko choć niewielkie i bardzo brytyjskie jest cudne, znajdujemy pole totemów, spacerujemy po okolicznych uliczkach, robimy małe zakupy z pamiątkami. Wzywa nas głód, decyzją demokratyczną znajdujemy najlepsze sushi w mieście, i tu ku naszemu zdziwieniu sporo ludzi, ceny niezbyt wysokie w porównaniu z innymi przybytkami. A ryba i owoce morza bardzo świeże i pyszne, za teką najprawdziwsi Japończycy, zielona herbata, piwo rodem z Japonii. Pychota. Początkowo w planach czailiśmy się wszyscy na rejs w poszukiwaniu orek. Jednak miny nam zrzedły, kiedy pani zamiast małego kutra wycieczkowego zaproponowała szybki ponton. Część poddała się już wtedy, inni dopiero kiedy zapytali dopiero co przypływających do brzegu turystów czy coś widzieli, ci zaprzeczyli. Jedynie Krisy i Maciek zostali na polu boju. Mimo wielu powodów na nie, zdecydowali się popłynąć w poszukiwaniu orek. Odstawiliśmy ich do portu, ubrani w specjalne kombinezony chroniące przed wodą i zimnem popłynęli. My dzielimy się na dwie grupy, część z nas jeszcze spaceruje po Victorii, pozostali wracają samochodami do Vancouver. O 18 odbieramy naszych podróżników, jak się okazuje, orki były, nawet blisko i sporo ich. Jako dowód zdjęcia i film. Naprawdę im się udało. Tym bardziej zazdrościmy! Mamy jeszcze ochotę wybrać się by obejrzeć najstarsze totemy w Duncan, ale już w drodze okazuje się, że niestety korek na trasie wyjazdowej z miasta jest tak wielki, że czasu nam zabraknie by złapać ostatni prom. Poddajemy się z niemałym smutkiem i na pocieszenie zahaczamy raz jeszcze o to samo sushi. I to jest najlepsza reklama, prócz maki i rollsów na stole ostrygi i dobre herbaty. Dopiero po 23 dobijamy do hotelu, za to padnięci.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: