Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kuba 15-29.2014

Trinidad, Dolina cukrowników

20-03-2014

Nadszedł czas na podróż do Trinidad. Oddalone o 80 kilometrów miasto, wpisane razem z doliną cukrową w całości na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, wyróżnia się wysokimi, okratowanymi oknami, drewnianymi bramami wejściowymi oraz wybrukowanymi kamieniami uliczkami, które zbudowane są w taki sposób, by deszczówka spływała środkiem, nie zalewając tym samym domów.

Zaczęliśmy dzień od wizyty w dolinie cukrowej, gdzie odwiedziliśmy jeden z pałaców baronów cukrowych, przekształcony obecnie na restaurację, oraz weszliśmy na 45 metrową wieżę widokową, z której rozpościerał się widok na dolinę, jak i pozostałości po dawnych ponad cukrowniach. Wzdłuż głównej ulicy zlokalizowane były stragany z ręcznie wyszywanymi i haftowanymi, białymi obrusami. Damska część grupy nareszcie znalazła coś dla siebie. Kupowałyśmy od małych serwetek, aż po duże, kilkumetrowe obrusy, uszczęśliwiając przy tym sprzedawczynie. Obdarowałyśmy również kilka Kubanek przywiezionymi przez nas perfumami, długopisami, mydełkami. Radości nie było końca. Basia omal nie została stratowana, gdy zaczęła rozdawać długopisy.
Odwiedziliśmy warsztat ceramiki z wzorami typowymi dla miasta Trinidad. Tu również mogliśmy zakupić specjalne ceramiczne kubeczki do drinka z Trinidadu – Canchanchary. Nikt się nie skusił na zakupy, jednak furorę zrobiły dwa szynowe fotele i ławka. Spodobały się co niektórym do tego stopnia, że Tomek z Magdą postanowili odmierzyć ich dokładne wymiary i spróbować zamówić takowe w Polsce. Spędziliśmy więc 15 minut w warsztacie ceramiki, większość czasu przeznaczając na relaks w szynowych fotelach.
Dojechaliśmy do urokliwego centrum Trinidadu, tuż do placu Mayor, by zacząć zwiedzanie pałacu barona cukrowego z rodziny Brunet. Tu nasza lokalna przewodniczka z wytrwałością godną podziwu opisywała nam pochodzenie kolejnych zestawów porcelany, mebli, darów. Życie baronów w czasie boomu cukrowego nijak miało by się bez pomocy afrykańskich niewolników. Pan Brunet miał ich zawsze ok. 20. Mieli przy czym pomagać: noszenie wody, opieka nad 12 dzieci, przygotowywanie jedzenia itp.
Zachmurzyło się, więc udaliśmy się pieszo do zlokalizowanej niedaleko restauracji na obiad. Tam wybór między krewetkami, rybą i wołowiną. Do tego jak zwykle napój, deser i kawa. Basia spróbowała reaktywować położony obok naszych stołów fortepian, okazał się on jednak zbytnio zniszczony, by móc coś na nim zagrać. Jedna osoba osłabiona siedziała przy stole, czekając aż przejdzie jej etap zatrucia. Na coca colę nie było co liczyć, jednak zamówiliśmy dla niej Tukolę – kubańską wersję tego trunku. Do tego gorąca woda, by zaparzyć herbatę z zapasów Asi i z cierpliwością czekaliśmy na posiłek. W między czasie w naszej restauracji pojawił się mały zespół kubański i zaczął nam przygrywać do posiłku, jak to zwykle bywa na Kubie. Później napiwki i nadszedł czas, by ruszyć dalej.
Obeszliśmy spacerem plac Mayor, rozpoznając po kolei budynki muzeum walki z bandytami, muzeum archeologiczne, kościół, galerie, casa de la musica itp. Następnie zrobiliśmy sobie 30 minut czasu wolnego, by dokupić brakujące do zestawu serwetki, obrazy i poszukać upragnionej przez Jurka i Dorotę łyżeczki od herbaty – to niestety bezskutecznie.
Po przerwie czas na regenerację sił, a więc kawa w najsłynniejszej kawiarni w Trinidad – cafe del Pepe podaje 41 rodzajów kawy, z których większość z nas zdecydowała się na wersje mrożone z dodatkami. Następnie spacer do baru Canchanchara, gdzie przy koncercie kolejnego zespołu muzycznego sączyliśmy drink o tej samej nazwie, bazujący na alkoholu aguardiente, soku z cytryny, miodzie i lodzie. Zespół o nazwie Himbre zrobił na nas ogromne wrażenie. Porwał większość grupy do tańca, a wokalista śpiewał z taką wrażliwością, że nawet kontrowersyjna dla niektórych piosenka
„Hasta siempre Comendante” brzmiała wyjątkowo. Opłaciło im się koncertowanie dla nas – kupiliśmy 5 płyt i daliśmy spory napiwek.
Po południu ruszyliśmy w drogę do hotelu, położonego 12 km poza miastem. Tam zameldowanie i czas na relaks na plaży, oraz kąpiel w oceanie lub basenie. Do tego oczywiście dla chętnych najlepsze, kubańskie koktajle. Wspólna kolacja, chwila integracji wieczornej i ok. 22:00 już grzecznie poszliśmy spać, gdyż jutro wyruszamy w góry już o 8:00 rano.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: