Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Brazylia 8-27.03.2015

Łowimy piranie i ...kajmany

17-03-2015

Ostatni nasz dzień w dżungli, oczywiście każdy z nas tęskni za prawdziwą dżunglą ale po dzisiejszym niespełna trzygodzinnym spacerze wielu z nas ma lepsze pojęcie co może znaczyć prawdziwa dżungla. Przede wszystkim bardzo gorąco, ubrani w długie rękawy i długie spodnie oraz zakryte buty pocimy się niemiłosiernie, pot kapie nam i z czoła i z nosa i leci ciurkiem po plecach. Mimo spryskiwaczy kłębi się nad nami cała chmura owadów, które już coraz śmielej atakują, podgryzają nas wszędzie. A nasz przewodnik, który złapał wenę stara się przekazać nam jak najwięcej bardzo ciekawych informacji. Zatem co kilka kroków robimy przerwę by wysłuchać jego mini wykładów i poznać kolejne bardzo interesujące okazy.

Nas lokalny pomocnik Piu Piu zbacza z naszej trasy i wycina kolejne gałązki, przynosi nam pożywne mleczko, skrobie korę, podaje małe listki do degustacji. Mamy też okazję zobaczyć jak szybko mrówki obchodzą dłoń przewodnika. Rozciera je momentalnie zabijając tym samym swój naturalny zapach.

Potem jeszcze odwiedzamy orchidarium, uczymy się wyplatać maty na dachy, nawet gonty. Jest bardzo przyjemnie, ale czekamy już na koniec wycieczki.

Krótka przerwa na kąpiele w naturalnym basenie z wodą o kolorze brunatnym ale za to bardzo ciepłej wodzie. Po wczorajszych kajmanach w rzece straciliśmy zapał z korzystania z naszej przyhotelowej plaży.

Popołudniem mamy zaplanowaną wizytę u rodziny Indian, słońce świeci straszliwie, jest bardzo gorąco, płyniemy do Indian motorówką. Jak tylko dobijemy do brzegu migną nam przed oczami dzieciaki, a pod wiatą szykują się występy. Zostaliśmy poinstruowani o należnym i jedynie słusznym zachowaniu, wiemy co nam wolno a jeszcze lepiej wiemy czego nam nie wolno i oglądamy pokaz poszczególnych tańców. Najpierw ku czci bogów, potem tańce dziękczynne, inicjacyjne, rytualne, tylko mężczyzn, mężczyzn i kobiet oraz dzieci. Muzyka wystukiwana lokalnymi instrumentami o ziemię, ewentualnie dmuchane trąby i jakieś dziwaczne rurki pochodzące z tutejszych drzew.

Na koniec oczywiście wspólne występy. Jako pierwsi do kółeczka zostają porwani nasi panowie, potem dołącza kilka z nas.

Jest bardzo wesoło i przyjemnie, dopóki nie zrobi się całkiem ciemno i zacznie padać, a po chwili lać. Wszystkie stragany zostają wniesione do wnętrza i nie mogło się lepiej złożyć, teraz pod osłoną deszczu mamy dość czasu na zakupy.

Pod młotek idzie wszystko: obrączki, opaski, korale, koraliki, koszulki, dmuchawki, strzałki, grzechotki, zaklinacze deszczu. A deszcz nadal pada.

Wracamy do lodży tylko jedną noga, bo za chwilę przesiadamy się do dwóch łodzi i płyniemy na połów piranii.

Udaje się połów naszym przewodnikom lokalnym, wyposażeni w zwykłą żyłkęi kawałek wołowiny i to wcale nie aż tak bardzo krwistej wyciągają piranie. My póki co wprawiamy się nie mając większych sukcesów. Honor ratuje najpierw Janek, który wyciąga suma a potem Zbyszek który może poszczycić się jedyną złowioną piranią w grupie. Ale sukces także i to wielki dosłownie po stronie Hanki, która dopiero co moczyła sobie zalotnie stópki za burtą naszej łódki, a teraz krzyczy: krokodyl!!!!!!! Krokodyl!!!!!!!. To tylko kajman, ale za to jaki wielki.

Widać tylko jego oczy, które teraz wystawił ponad wodę. Przygląda się nam z wielkim zainteresowaniem.  Próbujemy go zwabić bliżej naszej łodzi, co zresztą nie przychodzi nam z wielkim trudem.

Ale trudniej przełożyć go na drugą stronę łodzi tak by nasi koledzy z drugiej łódki mogli też go zobaczyć. Pirania zawiązana za ogon i odprawiamy czary  mary, a kajman ani drgnie, wreszcie mając już chyba dość tych harców jednym zgrabnym haps łapie rybę w pysk i znika pod wodą.

Dodajmy, że leje ale jest bardzo ciepło, a kajman zdominował połów piranii.

W lodży siadamy w barze w oczekiwaniu na kolację.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: