Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Brazylia 8-27.03.2015

Spotkanie rzek

16-03-2015

Dzisiejszy program przewidywał długą podróż łodzią na spotkanie rzek. Jednak udało się nam go sobie trochę urozmaicić, najpierw jednak smaczne śniadanie a potem bardzo sympatyczny rejs po rzece Rio Negro. Z górnego pokładu można było bardzo dokładnie obserwować miasto Manaus, małe domki, większe wille, chmury, z których padał deszcz, a tuż obok świeciło słońce.

Przy okazji miłego odpoczynku, mogliśmy poopowiadać sobie o podróżach i tych bliskich i tych dalekich, poopalać się, poczytać zaległe lektury.

Spotkanie rzek akurat dzisiaj w pełnym słońcu wypadło niesamowicie. Błękitne niebo, bardzo wyraźna różnica pomiędzy wodami czarnej i gęstej, powolnej rzeki Rio Negro a mętnymi wodami Solimoes była bardzo namacalna.

Górny pokład dał nam lepszy dużo ogląd całego fenomenu, mogliśmy dokładnie z góry zaobserwować wrzynające się jęzory kolorowych rzek i ich rywalizację pomiędzy sobą.

Po spotkaniu rzek dotarliśmy na lunch, dopiero teraz rozpadało się naprawdę, a dach nad nami ze zwykłej blachy falistej tylko spotęgował nawałnicę. Prawdziwa tropikalna i ciepła ulewa. Głośno, radośnie, przyjemnie,

Pobliskie jeziorka z wiktoriami amazońskimi i małpami a nawet małym kajmanem były miłym przerywnikiem.

Po lunchu opuściliśmy na dobre naszą dużą łódź udając się na motorówkę, ta mogła wpłynąć do wąskiego kanału Rio Negro i udało się nam wypatrzeć kilka ptaków wodnych.

Zgodnie z zapowiedzią odwiedzamy także dwie rodziny żyjące w skromnym domku nad wodą. U jednej z nich czujemy się trochę jak intruzi, ale zupełnie niepotrzebnie, mimo tego, że wpadamy w trakcie przyjęcia urodzinowego trzynastoletniej córki zostajemy przyjęci bardzo serdecznie. Właściwie zwabiła nas tu chęć zobaczenia i to z bardzo bliska leniwca oraz anakondy. Leniwiec jest malutki i bardzo milutki w dotyku, jak tylko bierzemy go na ręce od razu oplata nas swymi łapkami i próbuje wtulić się w nasze ciała.

Inaczej rzecz się ma z anakondą,  ani się obejrzałam a już Jola i Dorota miały wielkiego gada wokół szyi i ramion, ale jak się potem okazało to nie anakonda tylko boa. Tylko…

Po sesji z mieszanymi uczuciami względem trzymania tak dzikich zwierząt w niewoli ruszyliśmy dalej.

U kolejnej rodziny była mini hodowla ryb pirarucu, to prehistoryczne potwory, ważące nawet po 200-300 kg. Pan podciągnął drewnianą konstrukcję i mogliśmy zobaczyć te ryby z bardzo bliska. Potem nawet zademonstrowano nam jak szybko i sprawnie chwytają swe pożywienie.

A na tarasie przed swym małym domkiem baraszkowały dzieciaki, przekupiliśmy je szybko rozdając kredki i przybory szkolne, jak najbardziej przydatne bo maluchy właśnie wróciły ze szkoły.

Pan z kanciapy wyniósł nam anakondę, tej już na szczęście nikomu nie wkładał na szyję, ale za to dzieciaki bawiły się z pełzającym stworem niczym nasze dzieci z psem, łapiąc ją za ogon, drażniąc pociągając w bok.

Mała dziewczynka nosiła maleńkiego kajmana, a druga miała trochę większy okaz z zasznurowanym pyszczkiem.

Chyba mamy dość zwierzaków na dzisiaj.

Czas na powrót do domu, podróż mija znacznie szybciej, bo wracamy łodzią motorową. W lodży bardzo smaczna kolacja i pogaduchy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: