Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Izrael 9-19.06.2015

Już w Jerozolimie

14-06-2015

Nie poddajemy się w szukaniu grobowców w Tyberiadzie. Na mapie mamy zaznaczone trzy miejsca. Grobowiec Racheli znalazłyśmy zupełnie przez przypadek przed dwoma dniami.

Dzisiaj mimo mapy i wskazówek z informacji jednego grobowca nie udaje nam się znaleźć, drugi nas mocno rozczarowuje, bo zamiast obiecanych tłumów i wielkiego chaosu jest tylko ogromny chaos, bałagan i ani żywego ducha. Na dodatek mimo całkiem dobrej pory jak na wielkie zabytki budynek jest zamknięty.

Zatem całujemy klamkę i ruszamy poza miasto. Póki co na południe Jeziora Tyberiadzkiego, Yardenit to nasz kolejny punkt na dzisiaj.

To bardzo znane i dobrze oznakowane miejsce, gdzie w rzece Jordan odnawiany jest chrzest święty, a miejsce upamiętnia oczywiście sam biblijny chrzest Pana Jezusa.

Po dotarciu na miejsce na parkingu przynajmniej kilkanaście autobusów, przy kasie sklepik z białymi szatami za bagatela 125 szekli czyli prawie 130 zł. A to tylko biała szata, która jak się za chwile okaże jest tu bardzo chętnie kupowana przez turystów najczęściej z Rosji, którzy zanurzając się po przebraniu w białe szaty sami bez asysty opiekuna duchowego odnawiają sobie sami chrzest.

Mamy mieszane uczucia patrząc na to „widowisko” bo niczym nie przypomina to przeżycia duchowego. Inaczej ma się sprawa przy grupach akurat trafiamy na Azjatów, z Tajlandii, Filipin i Malezji. Wszyscy mówią płynnie po angielsku z amerykańskim akcentem, ale na pytania skąd są wymieniają pewnie ojczyznę sprzed życia w Ameryce. Ci są tutaj z pielgrzymkami, mają opiekuna, duchowego, gitarę, teksty modlitw, śpiewają pieśni. To z pewnością bardziej pasująca oprawa całego wydarzenia.

Przerywnikiem są dwaj mali chłopcy, którzy w rzece znaleźli idealne miejsce do zabawy i psot i nie dają się za nic przegonić ani wyciszyć.

Oddalamy się na chwilę od Jeziora ale widać je będzie ze Wzgórz Golan, gdzie mamy 3 miejsca widokowe. Rzeczywiście warto było nadłożyć drogi i zajrzeć tutaj. Z góry rozciąga się wspaniały widok na całe jezioro, plantacje bananowców pod siatkami, winorośla, orzeszki ziemne.

Podziwiamy i zjeżdżamy do ruin miasta starożytnego. Tutaj już mocno praży słońce, a jesteśmy kilka minut po samiuteńkim południu. Na zewnątrz 33 stopnie, rekordowa temperatura jak dotąd, ale przy suchym klimacie łatwiej znieść ten upał, tak mi się wydaje, Asia ma inne zdanie.

Piątek, szabas, cisza i spokój, na ulicach pustki, zakaz korzystania z transportu publicznego, sami Żydzi także nie prowadzą dzisiaj aut, do Jerozolimy jeszcze 130 kilometrów, to nasz jak dotąd najdłuższy przejazd licząc w kilometrach. Ale i on mija bardzo szybko i około 15 docieramy do Jerozolimy. Tu wszystko wrze, dzieciaki kończą szkołę, Żydzi już świętują, Muzułmanie spieszą się na piątkową modlitwę, korki, trąbienie, gwar i hałas, a nam jak na złość akurat teraz psuje się GPS i zostaje telefon do przyjaciela.

Na szczęście pan w recepcji szybko odbiera telefon i pilotuje nas kawałek, a pani w telefonie jednak się namyśla i szczęśliwie docieramy na miejsce.

Obie głodne i to bardzo, bo wszystko po drodze było zamknięte ruszamy do miasta.

Często jak docieram gdzieś po raz pierwszy to towarzyszy mi uczucie chęci powrotu lub nieodparta chęć wymazania tego miejsca z najbliższych planów wjazdowych (choć ta nader rzadko). Jerozolima to miłość od pierwszego wejrzenia, (choć zamieszkać wolałabym wTel Avivie), ale tu jest tak jak miało być. Wszystko żyje, tętni gwarem, hałasem, mury miejskie, a za nimi wielki ruch, dzieci, dorośli, turyści, gołębie, konie, Żydzi, Arabowie, Ormianie, Koptowie i Etiopczycy, wszyscy pod jednym dachem wielkiego bazaru.

I choć to piątek to tutaj tego nie czuć. Na nasze szczęście znajdujemy miejsce gdzie pan na naszych oczach przygotowuje nam pyszny chleb zawijaniec z shoarmą i warzywami. Potem sok z granatów i ruszamy na zwiedzanie. Ta plątanina uliczek trochę onieśmiela, ale po co jest bazar, najlepszymi drogowskazami są ludzie, sprzedawcy bardzo chętnie pokazują kolejne stacje Drogi Krzyżowej zapraszając oczywiście do sklepików. Jakże przydaje się mój łamany arabski i koledzy z Egiptu, byliby dzisiaj ze mnie na pewno dumni jak potrafię sobie poradzić, czym znajduję uznanie lokalnych sprzedawców.

Czujemy się tu bardzo swojsko, w kilku miejscach widać posterunki policji, zawsze tam gdzie część arabska przenika się z chrześcijańską. Patrole są ale nie ma żadnych kontroli. Część kościołów jest otwarta, podziwiamy ich wnętrza i mamy dość czasu by napawać się atmosferą. Obie jesteśmy zaskoczone, ponieważ gdzie jak gdzie ale w Jerozolimie i szczególnie w świętych miejscach spodziewałyśmy się dzikich tłumów, a tymczasem, w wielu kościołach jesteśmy jedynymi zwiedzającymi, księża bardzo chętnie oprowadzają nas po kaplicach i pokazują wnętrza. W Bazylice Grobu Świętego po raz pierwszy stoimy w kolejce by dotknąć i zobaczyć Grób Pański z bliska. Ale poza tym pusto i nie ma Polaków, za to wszędzie słychać rosyjski i angielski – amerykański.

Koniec dnia, powoli robi się chłodniej, nawet 22 stopnie. Wychodzimy z plątaniny uliczek i przysiadamy przy murach miejskich, idealna pora. Akurat ciągną do miasta do synagogi całe rodziny żydowskie, piękne stroje, odświętne płaszcze, futrzane czapy, pejsy, dzieci w wózkach, na rękach, panie żony i córki w spódnicach do półłydki i typowych fryzurach z lokami i opaskami z kwiatami. To piękne pożegnanie ale tylko na kilka godzin ze starym miastem, jutro od rana reszta.
CZYTAJ Z PODZIAŁEM


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: