Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 8-24.08.2015

U szympansów

15-08-2015

Budzimy się wcześnie, i jakież zaskoczenie, za naszym płotem dwa poidła, przy jednym z nich koby, i to cała rodzinka. Nie zauważyły nas, piją wodę przyklękając na przednich nogach. Piękny widok, drugie poidło całkiem puste, tu nie ma żadnych zwierzaków.

Teren wokół lodży bardzo rozległy, rzeczywiście nie widać tu żadnych domostw dookoła, jak okiem sięgnąć busz i sawanna, i wszystko przynależne do Parku Krugera, to tłumaczy dlaczego wieczorem i nocą widać tu tak dokładnie wszystkie gwiazdy. Żadnych świateł i stąd niebo naprawdę czarne.

Jemy śniadanie żegnamy się z właścicielem, i ruszamy do Heodspruit. Dzisiaj przełożona z przedwczoraj wizyta u hipopotamich Jessici.

Widziałam jeden z pierwszych odcinków Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”, traktował on o pani, która przygarnęła hipopotama. I choć sama historia wydawała mi się taka sobie, to Baśce utkwiła on a w pamięci, tym bardziej, że przeczytałyśmy także o tym zwierzaku w książce dla dzieci wydanej przez Martynę. Stąd teraz idealna okazja by jednak hipopotama poznać z bliska, tym bardziej, że to najprawdopodobniej jedyna okazja na świecie by móc go dotknąć, pokarmić a nawet się do niego przytulić.
Jesteśmy pierwsi ale niestety nie ostatni. Wita się z nami Tony, którego znamy z filmu i z książki, potem na stoliku znajdujemy znajomego psiaka i dopiero na samym końcu poznamy Jessicę, najpierw jednak przypominamy sobie całą historię, jak do tego doszło, że hipopotam  mieszka z ludźmi w ich domu, mało tego, Jessica akurat kuleje po starciu z inną hipopotamicą, ale w baseniku tuż przy wejściu pławi się już kolejny hipopotamek, ocalony dokładnie tak samo jak przed 15 laty Jessica.

I choć historia może budzić mieszane uczucia, oglądamy film nakręcony przez BBC i idziemy na pomost by pokarmić Jessicę. Tony instruuje nas jak należy podawać jej kawałki słodkiego ziemniaka, jak podawać jej ulubioną herbatę rooibos z butelki ze smoczkiem. Potem jest nawet okazja by ją przytulić a nawet cmoknąć.

Na sam koniec zbieramy jeszcze autografy od lokalnych gwiazd i ruszamy. Było to z pewnością bardzo miłe spotkanie, a my jako, że z Polski po programie z Martyną jesteśmy specjalnie traktowani.

Teraz czas na przejazd, z zegarkiem w ręce, bo czasu mamy mało a kilometrów sporo, przypadkowo grzebiąc w Internecie po różnych portalach dotyczących RPA natknęłam się na strony brytyjskie, które wśród atrakcji polecanych dla dzieci w Afryce wymieniały ośrodek dla szympansów pod patronatem Jane Godwell.

A że leży on nieopodal Parku Krugera, łatwo było mi to zaplanować i wpasować do naszego plany przejazdu.

Odliczamy minuty i ostatnie kilometry do bramy, rezerwację mamy w ręce, to być albo nie być, następne wolne terminy dopiero za dwa dni.

Jesteśmy o czasie, szybko meldujemy się przy recepcji, toaleta i gotowi ruszamy na zwiedzanie ośrodka. Okrutne historie towarzyszą każdej małpie, która jest tutaj. Większość z nich pochodzi z innych krajów Afryki, ale są i takie, które przez lata bawiły ludzi w cyrkach, poznajemy nawet takie, które w Angoli służyły nawet towarzyszom do uprawiania seksu, nie brakuje też cudaków z USA, które zastępowały prawdziwe dziecko w jednej rodzinie, albo duży samiec niestety chory psychicznie, który został całkowicie zrujnowany przez Cygankę we Włoszech będąc zmuszany przez lata do chodzenia na dwóch łapach i noszenia za wąskich spodni.

Mimo tych wszystkich okropności, to miejsce stara się przekonać szympansy, że bywają także dobrzy ludzie. W dużych wybiegach widać dwie rodziny zwierząt, które żyją teraz obok siebie. Towarzyszą nam podczas karmienia, potem odprowadzają kiedy idziemy na specjalną platformę widokową. Oczywiście jak każdemu takiemu ośrodkowi towarzyszy i tutaj wiele projektów adopcji i pomocy.

My zakupujemy jednego szympansa na wynos, który będzie prezentem dla naszego Olusia.

Czas na mały głód, w Nelspruit pobliskim dużym mieście zatrzymujemy się na owoce morza. Chodziły za nami od dawna i od kiedy zostawiliśmy busz za sobą nie możemy się oprzeć wyborom. Jedzenie przesmaczne a do tego ukraszone dzisiejszymi wrażeniami smakuje wyjątkowo.

Nocleg w osobliwym miejscu, wioska malutka słynąca z dzikich koni żyjących na wolności, wesela w osobliwym klimacie natury i dziczy. Jest nawet mała kaplica i kościół. My zatrzymujemy się tylko na jedną noc by nie gonić jeszcze teraz kolejnych 500 kilometrów by dotrzeć na wybrzeże.

Jest tu na tyle dziko, że podczas ostatnich dzisiaj chwil kiedy jest jeszcze jasno, bo zmrok zapada w Afryce prawie natychmiast, przed naszym pokojem przy fontannie odkrywamy… krowę zajadającą się pięknymi kwiatami.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: