Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 2-17.11.2015

Droga bez końca

12-11-2015

Staramy się nie myśleć o drodze, która dzisiaj do przejechania. Najpierw rozpuszczamy się nieludzko prosząc o podanie kawy i herbaty na tarasach naszych domków. Potem śniadanie ze wszystkimi należnymi rytuałami i dopiero potem powoli żegnając się z widokami, które jak na złość dzisiaj są po prostu nadludzko cudne, idziemy do samochodów.

Zabieramy ze sobą miejscowego przewodnika będącego też wychowankiem szkoły, do której jedziemy. To inicjatywa, którą wystartowali właściciele lodży a my chcemy ją zobaczyć i wesprzeć, jeżdżą z nami cały czas jeszcze trzy kartony rzeczy i dla dzieci i dla dorosłych, i z pewnością tu się bardzo przydadzą.

W szkole kilka minut po ósmej zaczęto pierwsze lekcje. Ziemia bardzo grząska i nie udaje się nam podjechać na samą górę, wciągamy zatem nasze kartony do szkoły i oglądamy trzy elitarne bo bardzo mało liczne klasy. Dzieciaki czuja ogromne onieśmielenie i tremę, nikt nie każe im tu śpiewać ani tańczyć specjalnie dla nas. Przyglądamy się skromnym klasom, małym ławeczkom i kilku plakatom na ścianach. Zostawiamy nasze prezenty i jedziemy dalej.

Kolejny etap przed długą drogą to plantacja herbaty. A bardziej interesuje nas fabryka herbaty, ta jednak zamknięta na trzy spusty, a przed bramą trójka nieugiętych ciemnoskórych strażników, którzy wzruszają ramionami i informują nas, że nie mamy pozwolenia na wjazd i że takie wizyty to należy załatwiać z dużym wyprzedzeniem i kiedy oni tak strasznie poważnie nas odstawiają na boczny tor otwiera się brama i za kierownicą auta wyjeżdża nasza nadzieja. Bardzo trafny trop. To sam szef Hindus, który poproszony o zgodę na zwiedzenie przez nas fabryki, rozpromienia się i zaprasza do środka. Miny panów strażników z serii bezcenne.

Zarządzającym managerem jest pani Murzynka, która trzęsie całą 200 osobową załogą. Nikt z Nią nie dyskutuje, wszyscy posłusznie wykonują Jej polecenia. My także wciągamy na siebie białe kitle i czepki i ruszamy na zwiedzanie zakładu. Krok po kroku poznajemy tajniki produkcji tutejszej ugandyjskiej herbaty, której produkcja w całości trafia na targ w Mombasie a stamtąd najczęściej do Indii lub krajów arabskich. Dla nas pani robi wyjątek i sprzedaje nam najmniejszą ilość herbaty w detalu czyli 3 kg. Udaje się nam na miejscu podzielić to do mniejszych paczuszek i wszyscy zadowoleni choć bardzo spóźnieni ruszamy dalej.

Marzenia o asfalcie musimy zakopać głęboko, nawet jeśli pojawi się na chwilę w większych miastach, które dzisiaj mamy na trasie, to kończy się po zaledwie 200-300 metrach i tyle by go było.

Póki co świeci słońce, ale jest bardzo duszno i należy liczyć się z deszczem i to w każdej chwili.

I rzeczywiście drogi zamieniają się w rzeki i rwące strumienie, nasze auta zaczynają tańczyć na trasie. Jedziemy w ogromnym skupieniu a i tak nie omijają nas przygody. Najpierw wpadamy w rów i nie możemy z niego się wydostać, tym bardziej, że przed nami zakopane już auto, które osiada coraz bardziej w mule i błocie. Kiedy wreszcie za którymś razem udaje się nam wskoczyć na drogę za chwilę nasz kierowca wpada na motocyklistę. Przewraca go i spycha z drogi.

Jak się okazuje więcej tu takich asów, którzy najpewniej po pracy lub jeszcze co bardziej prawdopodobne po dobrej imprezie wracają do domu i jadą zygzakiem Mamy jeszcze autobus, który blokuje nam drogę bo się zakopał, i to akurat w miejscu gdzie na zakręcie wyłożyła się też wielka ciężarówka z drewnem. Droga się dłuży, dzień chyli się ku końcowi. 13 w piątek dopiero jutro ale to dzisiaj czeka na nas jeszcze kilka niespodzianek.

Wjazd do Parku Narodowego jeszcze o zachodzie słońca, ale opieszałość tutejszych urzędników i strażników powoduje, że dalszą drogę musimy pokonać już w całkowitych ciemnościach. Najtrudniejszy etap to jednk 200 metrów do samej lodży, bagatela tylko Nil przed nami do przepłynięcia. Niestety ostatni oficjalny prom odpłynął dwie godziny temu i mimo tego, że wpuszczono nas do parku, uprzedzono hotel, zamówiono łódź to nikogo tu nie ma poza dwoma tłuściutkimi hipopotamami, które zaskoczyliśmy światłami reflektorów na drodze. Były nie mniej przerażone niż my.

Cóż robić, zaczynamy dzwonić, a to też do zadań łatwych nie należy bo nie mamy zasięgu. I tak kroczek po kroczku musimy wypracować szybki plan awaryjny, Światła naszej lodży widać ale szans póki co by się tam dostać nie ma.

Wreszcie po godzinie zabiegów, telefonach do generała, obietnicach co do płatności wygórowanych kwot pieniędzy pojawia się pan kapitan i wraz z miejscowymi chłopakami pomagają nam najpierw zapakować nasze bagaże na łódkę a potem nas. W ciemnościach przemierzamy Nil i za chwilę już hotelowym autobusem jedziemy na miejsce. Tu wszyscy w pełnej gotowości oczekują na nas. Jest nawet trzydaniowa kolacja i wreszcie bardzo zasłużony sen.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: